Dostępność
Rozmowy z osobami LGBT+, ich rodzinami i sojusznikami
Pominąłeś menu

menu

Łukasz Bartecki i Łukasz Kaszuba
Ciągle zakochani

Dwóch mężczyzn (jeden w okularach) w casualowych stojach na tle ceglanej ściany. - grafika rozmowy
Łukasz Bartecki i Łukasz Kaszuba, fot. Grzegorz Dembiński
Łukasz Bartecki i Łukasz Kaszuba
Ciągle zakochani

Spotykamy się w dniu, w którym Sejm uchwalił ustawę o statusie osoby najbliższej. Co o niej myślicie?

Łukasz Kaszuba: - "W tym dniu wspaniałym wszyscy się weselmy!" A mówiąc poważnie, nie bardzo wiem, jak to nazwać - zgniłym kompromisem?

Łukasz Bartecki: - Myślę, że to prawo zostało uchwalone tylko po to, żeby społeczeństwo dało rządzącym spokój. Nie mówiąc już o tym, że zostanie zawetowane przez prezydenta [ustawa została zawetowana 17 sierpnia 2026 r. - przyp. red.].

Łukasz Kaszuba: - Dlatego ważne jest nieustanne wywieranie presji na polityków, bo nigdzie nie przyznano praw osobom nieheteronormatywnym ot tak. Wszędzie musiała być presja, protest, rewolta - jakakolwiek forma nacisku, nieustanny aktywizm na wszystkich frontach i edukacja. Tak jest też w Polsce i widać w rozmaitych badaniach opinii publicznej, że większość społeczeństwa nie uważa naszych postulatów za coś wydumanego, że nie jesteśmy jakimiś strasznymi ludźmi, którymi można ciągle straszyć. Jesteśmy tacy jak inni i jak inni mamy potrzeby. Na przykład potrzebę równouprawnienia.

Jak długo jesteście razem?

Łukasz Kaszuba: - Ponad dwadzieścia lat, prawie tak długo jak Polska w Unii Europejskiej. Decyzję, żeby zamieszkać razem, podjęliśmy jakieś dwa lata później. Myślisz, że już zasługujemy na status osoby najbliższej?

Myślę, że zasługujecie na więcej.

Łukasz Kaszuba: - Otóż to! Uważam Łukasza za męża, choć polskie prawo nieustannie mi na to nie pozwala.

Łukasz Bartecki: - Mnie już nawet nie chodzi o to, jak to prawo się będzie nazywało: osoba najbliższa czy lokator plus. Chodzi o realne prawa obywatelskie, których jako jednopłciowa para nie mamy, choć jesteśmy razem od dwóch dekad.

Gdyby prezydent podpisał tę ustawę, skorzystalibyście z niej?

Łukasz Kaszuba: - Nie ma co gdybać. Kiedy zobaczę obowiązujące prawo, zdecyduję. Tym bardziej że rozważamy w ostatnim czasie ślub za granicą w związku z możliwością transkrypcji aktów małżeńskich, wymuszoną wyrokami sądowymi. Myślimy oczywiście o ślubie w Niemczech, bo dla nas to najbliżej i najwygodniej. W związku z tym pojawia się pytanie: jak transkrypcja takiego aktu ślubu w polskim urzędzie stanu cywilnego miałaby się do ustawy o statusie osoby najbliższej? Wszystko to by trzeba posprawdzać.

Rozważaliście małżeństwo, zanim USC zostały zmuszone do transkrypcji?

Łukasz Bartecki: - Rozmawialiśmy o tym parokrotnie, ale uznaliśmy, że nic by to nam w Polsce nie dało. Czekaliśmy na jakąkolwiek sensowną zmianę prawną i ona teraz nadeszła, więc rozmowy o małżeństwie nabrały rumieńców.

Łukasz Kaszuba: - Od wielu lat jest dla nas oczywiste, że związaliśmy się na dobre i że byłoby fajnie to sformalizować dla własnego bezpieczeństwa i wygody. Gdyby to było możliwe, zrobilibyśmy to z miejsca, a że nie jest, żyjemy, jak możemy.

Słyszę w twoim głosie rozczarowanie.

Łukasz Kaszuba: - Bo w czarnych latach poprzednich rządów regularnie chodziliśmy, jak duża część Poznaniaków, na wszelkie demonstracje w obronie praworządności: a to z latarkami, a to z tęczowymi flagami, mając nadzieję, że kiedy zmieni się władza w kraju, będziemy mogli otrzymać prawa, jakie mają osoby LGBT+ na Zachodzie. Władza, również dzięki nam, została zmieniona, ale dla nas niewiele się zmieniło. Dostaliśmy tylko, głównie dzięki sądom, okienko transferowe w postaci możliwości transkrypcji zagranicznych aktów ślubu, które w każdej chwili, po kolejnych wyborach, może zostać zamknięte.

Krok do przodu i krok do tyłu?

Łukasz Kaszuba: - Raczej trzy kroki do tyłu, co zresztą dzieje się nie tylko u nas, ale także w innych miejscach, choćby w Stanach Zjednoczonych. Historia ruchu LGBT+ uczy nas, że walka o prawa nigdy się nie kończy, że niestety nie wszystko zostaje zdobyte raz na zawsze.

Ponad dwadzieścia lat razem to w gejowskim świecie dużo?

Łukasz Kaszuba: - Nie wypinamy piersi po ordery, bo staż nas nie definiuje i nie jest chyba jakimś szczególnym powodem do dumy.

Mnie się zdaje, że może być takim powodem w czasach, w których ludzie się rozstają przy pierwszym kryzysie.

Łukasz Bartecki: - Pewnie cię zaskoczę, ale my się nigdy tak na serio nie pokłóciliśmy.

Łukasz Kaszuba: - To prawda!

Łukasz Bartecki: - Nie mówię oczywiście o jakichś sprzeczkach, bo one się zdarzają, ale takiej poważnej kłótni z wyrzucaniem walizki przez okno to nie mieliśmy. I powiem nieskromnie, że duży w tym udział ma moje podejście, bo uważam kłótnie za stratę czasu. Szkoda bycia razem na obrażanie się. Lepiej wszystko przegadać.

Łukasz Kaszuba: - Mnie się zdaje, że w tej kwestii mam więcej szczęścia niż rozumu. Jakimś cudownym zrządzeniem losu trafiłem w dość młodym wieku na takiego faceta jak Łukasz i to dość szybko przeistoczyło się w trwały związek. Oczywiście musieliśmy wiele rzeczy wypracować, w wielu się różnimy, ale trzeba było znaleźć jakieś wspólne pole, na którym można było budować.

Jak się poznaliście?

Łukasz Bartecki: - Łukasz był jeszcze wtedy na studiach w Niemczech, więc połączył nas jeden z gejowskich portali internetowych.

Łukasz Kaszuba: - Miałem wtedy dwadzieścia trzy lata, a Łukasz trzydzieści jeden. Piękni i młodzi.

Łukasz Bartecki: - Najpierw były dwa miesiące budowania napięcia online, a kiedy Łukasz wrócił do Poznania i osiadł na Łazarzu, zaczęliśmy budowanie w realu.

Łukasz Kaszuba: - Dzięki Łukaszowi wszedłem w lokalne środowisko gejowskie, które on znał dobrze, bo po pierwsze jest starszy, a po drugie jest rodowitym Poznaniakiem. Dla mnie, chłopaka ze Świebodzina, który wrócił z Erasmusa, by kontynuować studia prawnicze na UAM, był to naprawdę fascynujący nowy świat. Dodam tylko, że Świebodzin, który nie jest wcale tak daleko, nikomu wtedy w Poznaniu nic nie mówił, bo to było jeszcze przed Chrystusem.

Zaaklimatyzowałeś się szybko w Poznaniu?

Łukasz Kaszuba: - Błyskawicznie, może też dlatego, że mam wielkopolskie geny, bo tato pochodzi ze Środy. Tu jestem u siebie.

Łukasz Bartecki: - A ja jestem chłopak z Grunwaldu, wszystkie szkoły kończyłem w Poznaniu i nigdy nie mieszkałem, nawet krótko, poza tym miastem. Po studiach z zarządzania hotelarstwem pracowałem trzy lata w jednym z hoteli i kiedy nasze drogi się rozeszły, przyjaciółka podpowiedziała mi fryzjerstwo, co się okazało bardzo dobrym pomysłem. Skończyłem kolejną szkołę i do dzisiaj pracuję w zawodzie, od kilku lat w jednym z salonów przy Półwiejskiej.

Łukasz Kaszuba: - Ja chciałem być prawnikiem, co rodzice przyjęli z radością, bo nie podejrzewali, że wybiorę rodzącą się wówczas na naszym wydziale prawa europeistykę. A mnie to bardzo pociągało, bo łączyło studia prawnicze z intensywną nauką języków obcych. Do dzisiaj uważam, że to był znakomity wybór. Kręte ścieżki zawodowe zawiodły mnie do branży IT i do dzisiaj zajmuję się sprawami technologicznymi w świecie korporacji. Ale co my będziemy gadać o nudnej pracy, niech lepiej Łukasz opowie nam o gejowskim życiu Poznania w ubiegłym wieku!

Łukasz Bartecki: - Że niby jestem taki stary?

Powiedzcie najpierw, kiedy zdaliście sobie sprawę, że jesteście gejami?

Łukasz Bartecki: - Mnie to zajęło trochę czasu, bo dorastałem w zupełnie innym świecie, w którym nikt w Polsce nie znał słowa gej. Były tylko słowa homoseksualista albo pederasta. Wtedy nigdy nie słyszałem niczego pozytywnego w kontekście homoseksualizmu, więc odnalezienie się w tym nie było łatwe. W liceum, w drugiej połowie lat 80., zauważyłem oczywiście, że pociągają mnie mężczyźni, ale nic z tym nie robiłem. Wyraźna zmiana nastąpiła dopiero na studiach, podczas których odbywałem praktyki między innymi w jednej z restauracji nad Maltą, której szef kuchni znał dobrze środowisko gejowskie. Tam właśnie poznałem pierwszych gejów.

Fajnych?

Łukasz Bartecki: - Bardzo, szczególnie jeden wpadł mi w oko, więc po kilku dniach podchodów zapytałem o niego szefa kuchni. Usłyszałem, że pracuje w jednym z barów. Poszedłem tam i zostawiłem numer telefonu z prośbą o kontakt. W końcu zadzwonił i to był początek mojego gejowskiego życia w Poznaniu. I pierwszy związek. A po jakimś czasie poznałem tak zwanych wszystkich.

Gdzie bywaliście?

Łukasz Bartecki: - Na przykład w Dżambalai na rogu Sienkiewicza i Prusa albo na Ściegiennego, gdzie - uwaga! - działał lokal, który za dnia był pizzerią, a w piątki i soboty gejowskim barem. Takie to były niesamowite czasy.

Czasy w szafie?

Łukasz Bartecki: - Poza środowiskiem tak. Nie miałem wtedy odwagi na żaden coming out przed rodzicami, czego dzisiaj żałuję, ale jest już za późno, bo rodzice nie żyją. Robert, mój pierwszy chłopak, bywał u nas w domu, rodzice go znali i sądzę, że się domyślali. Po prostu nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Dzisiaj oczywiście wszyscy wiedzą, że jestem gejem, to już inne czasy.

Łukasz Kaszuba: A ja, co już ustaliliśmy, wychowałem się w małym mieście, gdzie temat LGBT+ był również nieobecny. Zawsze oczywiście czułem, że jestem inny, choć początkowo nie rozumiałem, na czym ta inność polega. Wiedziałem za to, że na pewno wyjadę do dużego miasta, że będę niezależny, że będę sobą, cokolwiek miałoby to oznaczać. Wyoutowałem się, mając dwadzieścia parę lat, będąc już niezależnym, naturalizowanym Poznaniakiem, i skłamałbym, gdybym powiedział, że to było jakieś wielkie zaskoczenie dla najbliższych. Mamy z rodziną świetne stosunki, co postrzegam jako wielkie szczęście. Ta "próba ognia", którą przechodzi chyba każda osoba LGBT+, jest zawsze stresująca, nawet w sytuacji, w której masz bardzo wspierające otoczenie. Poza tym to nie jest tak naprawdę próba, tylko próby, bo nie ma jednego coming outu, tylko niekończąca się seria coming outów każdego dnia, z czego chyba osoby hetero nie zdają sobie sprawy.

Gdzie się osiedliliście?

Łukasz Kaszuba: - Po kilku przeprowadzkach, a mieszkaliśmy na Jeżycach, na Ratajach, na Polance i na Łazarzu, od siedmiu lat żyjemy na Wildzie. Nigdy, co ważne, nie udawaliśmy, że jesteśmy kuzynami, co jest przywilejem mieszkania w Poznaniu.

Łukasz Bartecki: - Nigdy też nie spotkała nas żadna przykra sąsiedzka sytuacja związana z tym, że jesteśmy parą.

Co zrobić, żeby się przez dwadzieścia lat nie znudzić sobą?

Łukasz Bartecki: - Trudno uniknąć rutyny, ale ona nie musi być zła i nie jest tym samym, co nuda. My się chyba nigdy nie nudziliśmy razem. Mamy dużo różnych zainteresowań, również zupełnie oddzielnych. Potrafimy spędzać czas razem, potrafimy też osobno.

Łukasz Kaszuba: - Podobno najwięcej wniosków rozwodowych wpływa jesienią, kiedy małżeństwa wracają z wakacji. A my ze wspólnych wakacji wracać raczej nie chcemy. Gdybym miał znaleźć jedną rzecz pozwalającą nam unikać znudzenia, byłaby to ciekawość świata i siebie. Warto też wychodzić ze swojej skorupy, co jest oczywiście trudniejsze z wiekiem, bo wszyscy chcemy bezpieczeństwa i przewidywalności, ale kiedy się otworzymy na to, co ktoś ma do zaoferowania, możemy być zaskoczeni. I jeszcze jedno, bardzo nam pomaga bycie wśród ludzi. Bardzo to lubimy, prowadzimy bogate życie towarzyskie.

Łukasz Bartecki: - W naszym związku to Łukasz jest zdecydowanie bardziej dynamiczny, o wiele częściej wychodzi z inicjatywą, ciągle ma pomysły. Kiedy ja wolę poleżeć na kanapie, Łukasz mnie dopinguje, by wstać, ruszyć się gdzieś, i to działa - po paru minutach jestem już gotowy. Poza tym, wiesz, przez dwadzieścia lat wypracowaliśmy sobie całkiem udany model partnerski, zawsze możemy na siebie liczyć.

Łukasz Kaszuba: - Ludzie będą chyba myśleć, że to jest jakaś zmyślona, lukrowana historia!

To powiedzcie, czego w sobie, wzajemnie, nie lubicie?

Łukasz Bartecki: - Kiedyś strasznie mnie irytowało to, że Łukasz potrafił wstać obrażony, co powodowało, że byłem przerażony. Nie wiedziałem, czy to moja wina, co powodowało jeszcze większe napięcie. Dzisiaj już wiem, że Łukasz tak ma, i się tym zupełnie nie stresuję.

Łukasz Kaszuba: - Na swoje usprawiedliwienie chcę tylko dodać, że mam po prostu bogate życie wewnętrzne. A gdybym ja miał coś wybrać, to chyba brak w Łukaszu chęci myślenia parę kroków naprzód, większego planowania, co ja oczywiście lubię.

Podczas naszej rozmowy cały czas patrzycie na siebie z taką admiracją...

Łukasz Bartecki: - Bo my naprawdę się kochamy.

Łukasz Kaszuba: - I trzeba to sobie powtarzać. Tak długo, jak chcesz powiedzieć komuś, że kochasz, jest dobrze.

I bardzo pasujecie do Poznania. Czujecie się tu jak ryby w wodzie?

Łukasz Bartecki: - O tak, choć mam wrażenie, że często już tego nie zauważamy, bo tęczowy Poznań jest dla nas normalnością. A prawda jest taka, że w innych miejscach tak nie jest. Wiemy to dobrze, bo dużo jeździmy. Nawet w największych polskich miastach, może poza Warszawą, nie ma tak fajnego i intensywnego życia gejowskiego jak w Poznaniu.

Łukasz Kaszuba: - Jako Poznaniak z wyboru muszę powiedzieć, że lepiej w Polsce wybrać nie mogłem. Poznań jest fantastycznym miastem do życia, ale to się nie stało samo. To efekt pracy wielu ludzi - społeczników, artystów, aktywistów i oczywiście osób LGBT+. Kiedy dwadzieścia lat temu wracaliśmy z wakacji w Hiszpanii, zachwycaliśmy się tamtejszym gejowskim życiem, a dzisiaj mamy je u siebie, oczywiście na naszą skalę kompaktowego miasta, i możemy być z tego naprawdę dumni.

Do góry