Rozmowy
Michalina Wojdowska
Wjazd na nowe tory
O której wyjechałaś dzisiaj w trasę?
O piątej rano, a wstałam o drugiej, bo trzeba przecież wziąć prysznic, ubrać się, zebrać do wyjścia i potem dojechać nocnym z Jeżyc, gdzie mieszkam, tym razem na Franowo, a więc na drugi koniec miasta. Tam jak zwykle pobrałam kartę drogową, dość długo wędrowałam do wozu, bo to największa zajezdnia tramwajowa w Polsce. Potem musiałam sprawdzić, czy wszystko jest sprawne, i mogłam wyruszyć. I tak jeździłam prawie do czternastej, dlatego jestem bardzo głodna i zanim przyszedłeś, zamówiłam jedzenie.
Straszny mamy dzisiaj upał. Jak się w takim ukropie jeździ?
Tu akurat jest okej, bo większość tramwajów ma klimatyzację, a jeśli w którymś jej nie ma, w kabinach mamy specjalną wentylację. W "stopiątkach" - tych kanciastych, wagonowych tramwajach, które niedawno w Poznaniu pożegnaliśmy - były takie śmieszne wiatraczki. Dzisiaj trzeba mieć naprawdę pecha, żeby nie dostać tramwaju z klimą. Jak widzisz, nie jest źle.
Dlaczego zostałaś motorniczą?
Wpadłam na ten pomysł, będąc nastolatką. Rozważałam też kolej, ale ostatecznie wybrałam tramwaje, więc mniejsze prędkości i ruch drogowy. Myślę, że wzięło się to trochę z zainteresowań i trochę z rozsądku. To praca, którą nie tylko lubię, ale daje mi też poczcie stabilizacji.
Bardzo dojrzała decyzja. Ile masz lat?
Dwadzieścia cztery.
Bardzo młoda dziewczyna!
Często słyszę to w pracy, tym bardziej że uprawnienia na jazdę tramwajem można w ogóle zdobyć dopiero po skończeniu dwudziestu jeden lat. Z tego powodu wielu miłośników komunikacji bardziej niż na osiemnastkę czeka na dwudzieste pierwsze urodziny. Uprawnienia zdobyłam w zeszłym roku: kurs zaczęłam we wrześniu, egzamin zdałam w grudniu, papiery odebrałam w styczniu i od lutego jeżdżę.
Całkowity koszt kursu, który nie jest tani, pokrywa przyszły pracodawca, gwarantując tym samym - po zdobyciu uprawnień - pracę, a ja w zamian zobowiązuję się pracować w MPK przez minimum trzy lata.
Po wyjeżdżeniu z instruktorem sześćdziesięciu godzin w tramwajach, które są specjalnie do tego przygotowane, egzaminy przeprowadza, tak samo jak na kierowcę samochodu, WORD - Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego w Poznaniu.
Gładko poszło?
Poszło dobrze, choć miałam podczas kursu chyba wszystkie możliwe sytuacje, jak z symulatora - kolumnę pieszych, starszą osobę przechodzącą na czerwonym i tym podobne niespodzianki. Dlatego kiedy zaczęłam jeździć już sama, największym wyzwaniem było okiełznanie strachu związanego z prowadzeniem wielkiego, pełnego ludzi pojazdu w pełnym ludzi i pojazdów mieście. Tym bardziej że początkowo tym pojazdem była wspomniana już "stopiątka", produkowany w Chorzowie Konstal 105Na, tramwaj w Polsce ikoniczny, ale potrzebujący już zasłużonej emerytury.
Inaczej jest oczywiście w tych najnowszych tramwajach, którymi się kieruje ręką za pomocą przypominającego dżojstik nastawnika. Ale moim ulubionym modelem jest Tatra RT6 - charakterystyczny dla Poznania i produkowany częściowo w Cegielskim na czeskiej licencji "skrzypiący" tramwaj, który jest niewygodny dla pasażerów, a dla osoby kierującej to bajka, sam jedzie. Ten model też już niedługo zniknie z naszych ulic.
Jeździ się różnymi tramwajami na różnych trasach?
Tak, jeździ się różnymi tramwajami, oczywiście tymi, na których jest się przeszkolonym, oraz różnymi trasami. Dzisiaj byłam w czynnej rezerwie, co oznacza, że czekałam na pętli w gotowości, by wyjechać na trasę, jeśli z jakiegoś powodu - awarii, wypadku czy zabrudzenia - trzeba z niej zdjąć kursujący tramwaj. Natomiast jutro będę jeździła czternastką i piętnastką. Jednak moją ulubiona trasą, zresztą nie tylko moją, jest szesnastka. Lubię nią jeździć na Simensie Combino.
Dla nas, motorniczych, to trasa premium, bo na sporych odcinkach można jechać szybko (czyli do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę), jest dużo zieleni, w centrum piękna architektura, po drodze most na Warcie i, co ważne, trudno na niej złapać opóźnienie. Bardzo, jako rodowita Poznanianka, lubię tę trasę.
Motorniczą zostałaś już po tranzycji?
Tak, i w sumie nikomu nie mówiłam, że jestem transpłciowa. Powiedziałam tylko na etapie formalności związanych z medycyną pracy, bo pytanie o miesiączkę mnie nie dotyczy. Dane też już miałam sądownie zmienione, więc wszystko poszło sprawnie.
Nie jesteś jedyną osobą LGBT+ w firmie, prawda?
Prawda, trochę nas jest, z częścią się znamy. Oczywiście niektórzy są bardziej widoczni, inni mniej, jeszcze inni w ogóle - każdy według własnego uznania i myślę, że tak jest okej.
Nie obawiasz się negatywnych konsekwencji po tej rozmowie?
Nie, dlaczego? Jeśli ktoś ma problem z moją transpłciowością, to jego problem, nie mój. W MPK zresztą staramy się unikać rozmaitych tematów, które mogłyby powodować kontrowersje. Jesteśmy motorniczymi i naszym zadaniem jest kierowanie tramwajem. Czy jako transpłciowa kobieta robię to gorzej od innych? Niech sobie każdy żyje, jak chce. Mam, jak widzisz, identyfikator zawieszony na smyczy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a ktoś inny na smyczce Ruchu Obrony Granic i wszyscy pracujemy w tej samej firmie.
Czyli dobrze ci w MPK?
Bardzo, nigdy nie odczułam dyskryminacji i mam nadzieję, że to się nie zmieni. Najważniejszą zasadą w mojej pracy, o której mówiono również dużo na szkoleniu BHP, jest zasada zdrowego rozsądku - i w trasie, i poza nią. To chyba nieźle u nas działa.
Osiem lat temu wybuchła afera związana z tęczowymi flagami, które na zamówienie Grupy Stonewall załopotały na tramwajach. Na krótko, bo zaprotestowała przeciwko nim grupa motorniczych. Pamiętałaś o tej historii, idąc do tej pracy?
Pamiętałam, nawet mam jedną z tych flag, ale to dla mnie zamknięty rozdział. Wydaje mi się, że takie przedsiębiorstwo jak MPK powinno, słusznie, zachowywać neutralność i unikać wszelkich wzbudzających kontrowersje i konflikty sytuacji, bo służy wszystkim mieszkańcom miasta.
Kiedy dała o sobie znać twoja queerowa tożsamość?
W czasie dojrzewania, miałam jakieś piętnaście lat. To było, pamiętam, w okolicy tej parady, w której wziął udział pierwszy raz prezydent Jacek Jaśkowiak. Poszłam na nią, nie do końca wszystko rozumiałam, ale szłam w to. A potem przyszedł covid, osiemnaste urodziny, wraz z nim dorosłość i już poważne decyzje o tranzycji - najpierw przyjmowanie hormonów, potem sprawy urzędowe. Choć wszystko było w sumie nie tak dawno, wydaje mi się zamierzchłą przeszłością. Jestem już w zupełnie innym miejscu, planuję dalsze życie. Nie wracam do tego, co było.
Myślę, że jest coś bardzo fajnego w tym, że jesteś młodą osobą po tranzycji, pracujesz sobie jako motornicza w miejskiej spółce, opowiadasz mi otwarcie, bez obaw, swoją historię - taki Poznań to ja rozumiem!
Zdradzę ci mój sposób na to, żeby było fajnie, który na pewno dla wielu osób LGBT+ będzie bardzo kontrowersyjny.
Zamieniam się w słuch.
Przestałam się afiszować.
Ulubiony postulat konserwatystów!
Ale nie w takim sensie, że żyję "w domu po kryjomu", że prowadzę podwójne życie i się czegoś boję. Nie o to chodzi. Jestem transpłciowa, proszę bardzo, ale, wiesz, nie chodzę codziennie z tęczową flagą na tiszercie, nie mówię innym, co mają myśleć, i to chyba działa całkiem dobrze. Dzisiaj, jak widzisz, mam tiszert z polskim orłem, bo mamy święto Wojska Polskiego. I nie noszę go dla beki, bo kocham mój kraj. Myślę, że świat nie jest taki czarno-biały, jak się wielu wydaje, i że możemy być różni w sposób cywilizowany.
Wszystko, co opowiadasz, jest takie akuratne, racjonalne, optymistyczne i pozbawione wielkiego dramatu.
Były dramaty, były trudności - nie powiem, że nie. Trzeba było przez to przebrnąć. Rodziców mam bardzo wspierających, kochają mnie, dumni są z córki, ale musieliśmy przejść wspólnie długą drogą i wjechać na nowe tory, żeby normalnie żyć, bo przecież w związku z moją transpłciowością nie wyrosła mi dodatkowa para uszu. Jestem normalnym człowiekiem. Dla mnie i taty ta normalność to choćby wspólne chodzenie na mecze Lecha, któremu bardzo kibicujemy.
A jak było z przyjaciółmi, znajomymi?
Już w liceum, czy potem niecały rok na studiach, mówiłam zawsze otwarcie, kim jestem, więc ci, którzy mieli problem z transpłciowością, naturalnie odpadali, a ci, którzy nie mieli, zostawali. Ale to, muszę powiedzieć, nie jest w moim pokoleniu zetek jakiś wielki problem. Dla nas bycie osobą queerową nie jest niczym nadzwyczajnym, dlatego wiele osób reagowało po prostu wzruszeniem ramion.
A jak było z wykładowcami?
Powiem tak, studiowałam na Wydziale Historii UAM, więc się domyśl.
Czyli konserwatywny hardkor. Dlatego rzuciłaś te studia?
Nie. Rzuciłem je, bo zrozumiałam, że uniwersytet nie jest dla mnie, że wolę być klasą pracującą.
Czujesz się częścią queerowej społeczności Poznania?
Jasne. Kiedyś czułam się w niej mocniej, bo częściej bywałam choćby w Lokum, w którym siedzimy. Dzisiaj jestem tu rzadziej z racji trybu pracy - i godzin, i tego, że muszę być osobą wypoczętą oraz trzeźwą, co ogranicza znacząco imprezowanie. Tramwaj sam skoro świt z zajezdni nie wyjedzie.
W Poznaniu mamy wielkiego producenta tramwajów o nazwie Modertrans, co jest powodem wielu żartów w kontekście LGBT+. Bawią cię?
Nieustannie, nie tylko zresztą mnie. Na Instagramie jest założony przez osoby transpłciowe profil Transgender Trucks, gdzie wrzucane są zdjęcia wszelkich pojazdów firm transportowych, które mają w nazwie "trans". Jest tam również Modertrans, którego tramwajami jeżdżę. Jeśli więc chodzi o "trans", mam na to podwójne papiery, prywatnie i zawodowo.
Łukasz Bartecki i Łukasz Kaszuba
Ciągle zakochani
Spotykamy się w dniu, w którym Sejm uchwalił ustawę o statusie osoby najbliższej. Co o niej myślicie?
Łukasz Kaszuba: - "W tym dniu wspaniałym wszyscy się weselmy!" A mówiąc poważnie, nie bardzo wiem, jak to nazwać - zgniłym kompromisem?
Łukasz Bartecki: - Myślę, że to prawo zostało uchwalone tylko po to, żeby społeczeństwo dało rządzącym spokój. Nie mówiąc już o tym, że zostanie zawetowane przez prezydenta [ustawa została zawetowana 17 sierpnia 2026 r. - przyp. red.].
Łukasz Kaszuba: - Dlatego ważne jest nieustanne wywieranie presji na polityków, bo nigdzie nie przyznano praw osobom nieheteronormatywnym ot tak. Wszędzie musiała być presja, protest, rewolta - jakakolwiek forma nacisku, nieustanny aktywizm na wszystkich frontach i edukacja. Tak jest też w Polsce i widać w rozmaitych badaniach opinii publicznej, że większość społeczeństwa nie uważa naszych postulatów za coś wydumanego, że nie jesteśmy jakimiś strasznymi ludźmi, którymi można ciągle straszyć. Jesteśmy tacy jak inni i jak inni mamy potrzeby. Na przykład potrzebę równouprawnienia.
Jak długo jesteście razem?
Łukasz Kaszuba: - Ponad dwadzieścia lat, prawie tak długo jak Polska w Unii Europejskiej. Decyzję, żeby zamieszkać razem, podjęliśmy jakieś dwa lata później. Myślisz, że już zasługujemy na status osoby najbliższej?
Myślę, że zasługujecie na więcej.
Łukasz Kaszuba: - Otóż to! Uważam Łukasza za męża, choć polskie prawo nieustannie mi na to nie pozwala.
Łukasz Bartecki: - Mnie już nawet nie chodzi o to, jak to prawo się będzie nazywało: osoba najbliższa czy lokator plus. Chodzi o realne prawa obywatelskie, których jako jednopłciowa para nie mamy, choć jesteśmy razem od dwóch dekad.
Gdyby prezydent podpisał tę ustawę, skorzystalibyście z niej?
Łukasz Kaszuba: - Nie ma co gdybać. Kiedy zobaczę obowiązujące prawo, zdecyduję. Tym bardziej że rozważamy w ostatnim czasie ślub za granicą w związku z możliwością transkrypcji aktów małżeńskich, wymuszoną wyrokami sądowymi. Myślimy oczywiście o ślubie w Niemczech, bo dla nas to najbliżej i najwygodniej. W związku z tym pojawia się pytanie: jak transkrypcja takiego aktu ślubu w polskim urzędzie stanu cywilnego miałaby się do ustawy o statusie osoby najbliższej? Wszystko to by trzeba posprawdzać.
Rozważaliście małżeństwo, zanim USC zostały zmuszone do transkrypcji?
Łukasz Bartecki: - Rozmawialiśmy o tym parokrotnie, ale uznaliśmy, że nic by to nam w Polsce nie dało. Czekaliśmy na jakąkolwiek sensowną zmianę prawną i ona teraz nadeszła, więc rozmowy o małżeństwie nabrały rumieńców.
Łukasz Kaszuba: - Od wielu lat jest dla nas oczywiste, że związaliśmy się na dobre i że byłoby fajnie to sformalizować dla własnego bezpieczeństwa i wygody. Gdyby to było możliwe, zrobilibyśmy to z miejsca, a że nie jest, żyjemy, jak możemy.
Słyszę w twoim głosie rozczarowanie.
Łukasz Kaszuba: - Bo w czarnych latach poprzednich rządów regularnie chodziliśmy, jak duża część Poznaniaków, na wszelkie demonstracje w obronie praworządności: a to z latarkami, a to z tęczowymi flagami, mając nadzieję, że kiedy zmieni się władza w kraju, będziemy mogli otrzymać prawa, jakie mają osoby LGBT+ na Zachodzie. Władza, również dzięki nam, została zmieniona, ale dla nas niewiele się zmieniło. Dostaliśmy tylko, głównie dzięki sądom, okienko transferowe w postaci możliwości transkrypcji zagranicznych aktów ślubu, które w każdej chwili, po kolejnych wyborach, może zostać zamknięte.
Krok do przodu i krok do tyłu?
Łukasz Kaszuba: - Raczej trzy kroki do tyłu, co zresztą dzieje się nie tylko u nas, ale także w innych miejscach, choćby w Stanach Zjednoczonych. Historia ruchu LGBT+ uczy nas, że walka o prawa nigdy się nie kończy, że niestety nie wszystko zostaje zdobyte raz na zawsze.
Ponad dwadzieścia lat razem to w gejowskim świecie dużo?
Łukasz Kaszuba: - Nie wypinamy piersi po ordery, bo staż nas nie definiuje i nie jest chyba jakimś szczególnym powodem do dumy.
Mnie się zdaje, że może być takim powodem w czasach, w których ludzie się rozstają przy pierwszym kryzysie.
Łukasz Bartecki: - Pewnie cię zaskoczę, ale my się nigdy tak na serio nie pokłóciliśmy.
Łukasz Kaszuba: - To prawda!
Łukasz Bartecki: - Nie mówię oczywiście o jakichś sprzeczkach, bo one się zdarzają, ale takiej poważnej kłótni z wyrzucaniem walizki przez okno to nie mieliśmy. I powiem nieskromnie, że duży w tym udział ma moje podejście, bo uważam kłótnie za stratę czasu. Szkoda bycia razem na obrażanie się. Lepiej wszystko przegadać.
Łukasz Kaszuba: - Mnie się zdaje, że w tej kwestii mam więcej szczęścia niż rozumu. Jakimś cudownym zrządzeniem losu trafiłem w dość młodym wieku na takiego faceta jak Łukasz i to dość szybko przeistoczyło się w trwały związek. Oczywiście musieliśmy wiele rzeczy wypracować, w wielu się różnimy, ale trzeba było znaleźć jakieś wspólne pole, na którym można było budować.
Jak się poznaliście?
Łukasz Bartecki: - Łukasz był jeszcze wtedy na studiach w Niemczech, więc połączył nas jeden z gejowskich portali internetowych.
Łukasz Kaszuba: - Miałem wtedy dwadzieścia trzy lata, a Łukasz trzydzieści jeden. Piękni i młodzi.
Łukasz Bartecki: - Najpierw były dwa miesiące budowania napięcia online, a kiedy Łukasz wrócił do Poznania i osiadł na Łazarzu, zaczęliśmy budowanie w realu.
Łukasz Kaszuba: - Dzięki Łukaszowi wszedłem w lokalne środowisko gejowskie, które on znał dobrze, bo po pierwsze jest starszy, a po drugie jest rodowitym Poznaniakiem. Dla mnie, chłopaka ze Świebodzina, który wrócił z Erasmusa, by kontynuować studia prawnicze na UAM, był to naprawdę fascynujący nowy świat. Dodam tylko, że Świebodzin, który nie jest wcale tak daleko, nikomu wtedy w Poznaniu nic nie mówił, bo to było jeszcze przed Chrystusem.
Zaaklimatyzowałeś się szybko w Poznaniu?
Łukasz Kaszuba: - Błyskawicznie, może też dlatego, że mam wielkopolskie geny, bo tato pochodzi ze Środy. Tu jestem u siebie.
Łukasz Bartecki: - A ja jestem chłopak z Grunwaldu, wszystkie szkoły kończyłem w Poznaniu i nigdy nie mieszkałem, nawet krótko, poza tym miastem. Po studiach z zarządzania hotelarstwem pracowałem trzy lata w jednym z hoteli i kiedy nasze drogi się rozeszły, przyjaciółka podpowiedziała mi fryzjerstwo, co się okazało bardzo dobrym pomysłem. Skończyłem kolejną szkołę i do dzisiaj pracuję w zawodzie, od kilku lat w jednym z salonów przy Półwiejskiej.
Łukasz Kaszuba: - Ja chciałem być prawnikiem, co rodzice przyjęli z radością, bo nie podejrzewali, że wybiorę rodzącą się wówczas na naszym wydziale prawa europeistykę. A mnie to bardzo pociągało, bo łączyło studia prawnicze z intensywną nauką języków obcych. Do dzisiaj uważam, że to był znakomity wybór. Kręte ścieżki zawodowe zawiodły mnie do branży IT i do dzisiaj zajmuję się sprawami technologicznymi w świecie korporacji. Ale co my będziemy gadać o nudnej pracy, niech lepiej Łukasz opowie nam o gejowskim życiu Poznania w ubiegłym wieku!
Łukasz Bartecki: - Że niby jestem taki stary?
Powiedzcie najpierw, kiedy zdaliście sobie sprawę, że jesteście gejami?
Łukasz Bartecki: - Mnie to zajęło trochę czasu, bo dorastałem w zupełnie innym świecie, w którym nikt w Polsce nie znał słowa gej. Były tylko słowa homoseksualista albo pederasta. Wtedy nigdy nie słyszałem niczego pozytywnego w kontekście homoseksualizmu, więc odnalezienie się w tym nie było łatwe. W liceum, w drugiej połowie lat 80., zauważyłem oczywiście, że pociągają mnie mężczyźni, ale nic z tym nie robiłem. Wyraźna zmiana nastąpiła dopiero na studiach, podczas których odbywałem praktyki między innymi w jednej z restauracji nad Maltą, której szef kuchni znał dobrze środowisko gejowskie. Tam właśnie poznałem pierwszych gejów.
Fajnych?
Łukasz Bartecki: - Bardzo, szczególnie jeden wpadł mi w oko, więc po kilku dniach podchodów zapytałem o niego szefa kuchni. Usłyszałem, że pracuje w jednym z barów. Poszedłem tam i zostawiłem numer telefonu z prośbą o kontakt. W końcu zadzwonił i to był początek mojego gejowskiego życia w Poznaniu. I pierwszy związek. A po jakimś czasie poznałem tak zwanych wszystkich.
Gdzie bywaliście?
Łukasz Bartecki: - Na przykład w Dżambalai na rogu Sienkiewicza i Prusa albo na Ściegiennego, gdzie - uwaga! - działał lokal, który za dnia był pizzerią, a w piątki i soboty gejowskim barem. Takie to były niesamowite czasy.
Czasy w szafie?
Łukasz Bartecki: - Poza środowiskiem tak. Nie miałem wtedy odwagi na żaden coming out przed rodzicami, czego dzisiaj żałuję, ale jest już za późno, bo rodzice nie żyją. Robert, mój pierwszy chłopak, bywał u nas w domu, rodzice go znali i sądzę, że się domyślali. Po prostu nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Dzisiaj oczywiście wszyscy wiedzą, że jestem gejem, to już inne czasy.
Łukasz Kaszuba: A ja, co już ustaliliśmy, wychowałem się w małym mieście, gdzie temat LGBT+ był również nieobecny. Zawsze oczywiście czułem, że jestem inny, choć początkowo nie rozumiałem, na czym ta inność polega. Wiedziałem za to, że na pewno wyjadę do dużego miasta, że będę niezależny, że będę sobą, cokolwiek miałoby to oznaczać. Wyoutowałem się, mając dwadzieścia parę lat, będąc już niezależnym, naturalizowanym Poznaniakiem, i skłamałbym, gdybym powiedział, że to było jakieś wielkie zaskoczenie dla najbliższych. Mamy z rodziną świetne stosunki, co postrzegam jako wielkie szczęście. Ta "próba ognia", którą przechodzi chyba każda osoba LGBT+, jest zawsze stresująca, nawet w sytuacji, w której masz bardzo wspierające otoczenie. Poza tym to nie jest tak naprawdę próba, tylko próby, bo nie ma jednego coming outu, tylko niekończąca się seria coming outów każdego dnia, z czego chyba osoby hetero nie zdają sobie sprawy.
Gdzie się osiedliliście?
Łukasz Kaszuba: - Po kilku przeprowadzkach, a mieszkaliśmy na Jeżycach, na Ratajach, na Polance i na Łazarzu, od siedmiu lat żyjemy na Wildzie. Nigdy, co ważne, nie udawaliśmy, że jesteśmy kuzynami, co jest przywilejem mieszkania w Poznaniu.
Łukasz Bartecki: - Nigdy też nie spotkała nas żadna przykra sąsiedzka sytuacja związana z tym, że jesteśmy parą.
Co zrobić, żeby się przez dwadzieścia lat nie znudzić sobą?
Łukasz Bartecki: - Trudno uniknąć rutyny, ale ona nie musi być zła i nie jest tym samym, co nuda. My się chyba nigdy nie nudziliśmy razem. Mamy dużo różnych zainteresowań, również zupełnie oddzielnych. Potrafimy spędzać czas razem, potrafimy też osobno.
Łukasz Kaszuba: - Podobno najwięcej wniosków rozwodowych wpływa jesienią, kiedy małżeństwa wracają z wakacji. A my ze wspólnych wakacji wracać raczej nie chcemy. Gdybym miał znaleźć jedną rzecz pozwalającą nam unikać znudzenia, byłaby to ciekawość świata i siebie. Warto też wychodzić ze swojej skorupy, co jest oczywiście trudniejsze z wiekiem, bo wszyscy chcemy bezpieczeństwa i przewidywalności, ale kiedy się otworzymy na to, co ktoś ma do zaoferowania, możemy być zaskoczeni. I jeszcze jedno, bardzo nam pomaga bycie wśród ludzi. Bardzo to lubimy, prowadzimy bogate życie towarzyskie.
Łukasz Bartecki: - W naszym związku to Łukasz jest zdecydowanie bardziej dynamiczny, o wiele częściej wychodzi z inicjatywą, ciągle ma pomysły. Kiedy ja wolę poleżeć na kanapie, Łukasz mnie dopinguje, by wstać, ruszyć się gdzieś, i to działa - po paru minutach jestem już gotowy. Poza tym, wiesz, przez dwadzieścia lat wypracowaliśmy sobie całkiem udany model partnerski, zawsze możemy na siebie liczyć.
Łukasz Kaszuba: - Ludzie będą chyba myśleć, że to jest jakaś zmyślona, lukrowana historia!
To powiedzcie, czego w sobie, wzajemnie, nie lubicie?
Łukasz Bartecki: - Kiedyś strasznie mnie irytowało to, że Łukasz potrafił wstać obrażony, co powodowało, że byłem przerażony. Nie wiedziałem, czy to moja wina, co powodowało jeszcze większe napięcie. Dzisiaj już wiem, że Łukasz tak ma, i się tym zupełnie nie stresuję.
Łukasz Kaszuba: - Na swoje usprawiedliwienie chcę tylko dodać, że mam po prostu bogate życie wewnętrzne. A gdybym ja miał coś wybrać, to chyba brak w Łukaszu chęci myślenia parę kroków naprzód, większego planowania, co ja oczywiście lubię.
Podczas naszej rozmowy cały czas patrzycie na siebie z taką admiracją...
Łukasz Bartecki: - Bo my naprawdę się kochamy.
Łukasz Kaszuba: - I trzeba to sobie powtarzać. Tak długo, jak chcesz powiedzieć komuś, że kochasz, jest dobrze.
I bardzo pasujecie do Poznania. Czujecie się tu jak ryby w wodzie?
Łukasz Bartecki: - O tak, choć mam wrażenie, że często już tego nie zauważamy, bo tęczowy Poznań jest dla nas normalnością. A prawda jest taka, że w innych miejscach tak nie jest. Wiemy to dobrze, bo dużo jeździmy. Nawet w największych polskich miastach, może poza Warszawą, nie ma tak fajnego i intensywnego życia gejowskiego jak w Poznaniu.
Łukasz Kaszuba: - Jako Poznaniak z wyboru muszę powiedzieć, że lepiej w Polsce wybrać nie mogłem. Poznań jest fantastycznym miastem do życia, ale to się nie stało samo. To efekt pracy wielu ludzi - społeczników, artystów, aktywistów i oczywiście osób LGBT+. Kiedy dwadzieścia lat temu wracaliśmy z wakacji w Hiszpanii, zachwycaliśmy się tamtejszym gejowskim życiem, a dzisiaj mamy je u siebie, oczywiście na naszą skalę kompaktowego miasta, i możemy być z tego naprawdę dumni.
Bartłomiej Sosnowski
Siła wspólnoty
Co może radny osiedlowy?
Reprezentować interesy mieszkańców.
Na czym ta reprezentacja polega?
Na tym przykładowo, że kiedy miasto planuje jakiś projekt - czy to budowę chodnika, czy zmianę trasy tramwajowej - pyta nas o zdanie, a my, wybrani w wyborach reprezentanci, ustosunkowujemy się do tych planów. Możemy je poprzeć, sprzeciwiać się lub postulować modyfikacje poprzez nasze uchwały, które są de facto opiniami. Miasto może je wziąć pod uwagę albo nie - dobrą praktyką jest jednak szanowanie opinii wydawanych, podkreślam, w imieniu mieszkańców. W moim przypadku mieszkańców Jeżyc. Rada może też wychodzić z własnymi inicjatywami i zgłaszać problemy, jak uciążliwy hałas czy miejsca niebezpieczne, wymagające większej uwagi.
Pieniędzmi jakimiś dysponujecie?
Tak, choć niewielkimi w skali budżetu całego miasta. Pozwalają one jednak na sfinansowanie części remontów czy organizowanie kilku wydarzeń społeczno-kulturalnych rocznie, na przykład Lata na Jeżycach. Warto dodać, że te środki pochodzą między innymi ze stref płatnego parkowania na naszym osiedlu.
Mieszkańcy zainteresowani są wyborami do rad osiedli?
W ostatnich wyborach frekwencja na Jeżycach wyniosła około czterech procent, jest więc bardzo niska, ale się nie zniechęcamy i liczymy, że będzie rosła. Trzeba jednak wykonać jeszcze dużo pracy i pokazywać mieszkańcom, że mamy nie tylko wybory na prezydenta miasta i do rady miasta, ale także do rad osiedli - najbliższych przecież naszemu codziennemu życiu. Można powiedzieć, że zajmujemy się często niewielkimi sprawami, które składają się na większą całość, na to, że całe osiedle jest wygodniejsze i przyjemniejsze do życia, bo jest równy chodnik, bo mamy stojak rowerowy, bo jest posadzone drzewo, bo jest fajny plac zabaw czy wygodna ławka.
Jesteś radnym pierwszy raz?
Tak, to moja pierwsza kadencja, mija właśnie jej trzeci rok. Wszystko zaczęło się właściwie od przypadkowego spotkania na ulicy z osobą, która kandydowała do rady. Wtedy dowiedziałem się, że jest coś takiego jak rady osiedli, i się tym zainteresowałem. Poszedłem kilka razy na sesję Rady Osiedla Jeżyce, bo posiedzenia są otwarte, zacząłem poznawać zaangażowane osoby, aż w końcu, za namową Adama Dzionka, przewodniczącego Zarządu Rady Osiedla Jeżyce, postanowiłem kandydować.
To jest praca społeczna, prawda?
Zgadza się, mamy tylko wypłacane diety, które mają pokryć koszty związane z działalnością radnego.
Jesteś rodowitym Jeżyczaninem?
Jak wielu jestem przyjezdny. Przyjechałem do Poznania na studia z Inowrocławia w 2012 roku i (z małym skokiem w bok do Warszawy) zostałem. Studiowałem stosunki międzynarodowe o specjalizacji dyplomatycznej na UAM, bo planowałem zostać dyplomatą. Z tego właśnie powodu wyjechałem po skończeniu studiów licencjackich do Warszawy, żeby kontynuować studia magisterskie na UW, bo w stolicy są instytucje, w których mogłem odbyć interesujące mnie staże - najpierw w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a potem w Kancelarii Prezydenta. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, dużo się nauczyłem.
Wróćmy do Poznania. Dlaczego akurat tu przyjechałeś na studia?
Bo dobry uniwersytet, bo blisko Inowrocławia i, co ważne, bo tu przyjechali znajomi z liceum, więc nie byłem sam w obcym mieście. Zamieszkaliśmy na Łazarzu i zaczęliśmy nowe życie, w ramach którego udało mi się wyjechać na semestr na Erasmusa do Gandawy.
Piękne miasto.
Przepiękne, to prawda, aczkolwiek muszę ci powiedzieć, że ten wyjazd pozwolił mi jeszcze bardziej docenić Poznań i szerzej Polskę. W ogóle takie wyjazdy pozwalają, myślę, docenić miejsca, z których pochodzimy, spojrzeć inaczej na nasze domy.
Ty z jakiego domu jesteś?
Szczęśliwego, pełnego, ciepłego. Miałem bardzo udane dzieciństwo - tato prowadził firmę, a mama była ze mną, bratem i siostrą w domu. Jestem najmłodszy z rodzeństwa.
Pieszczoch mamusi?
Oczywiście.
I kujon?
Dobrze się uczyłem, tak bym powiedział. Jestem pierwszą osobą z rodziny, która poszła na studia stacjonarne.
Na studia w Poznaniu, to już ustaliliśmy. Z mieszkaniem na Łazarzu, to też wiemy. A kiedy i jak znalazłeś się na Jeżycach?
Ponad dekadę temu. Warszawa była super, ale nie da się żyć z bezpłatnych staży. Poza tym nie jestem raczej typem karierowicza, tylko społecznika, dlatego zostawiłem tych kilka metrów kwadratowych Za Żelazną Bramą i po trzech latach wróciłem do Poznania.
Do chłopaka?
Poznaliśmy się na zorganizowanej przeze mnie przed wyjazdem do Warszawy imprezie pożegnalnej. Adam przyszedł wtedy z kimś, a nasza relacja zaczęła się później, na jakiś rok przed moim powrotem do Poznania. Był to początkowo związek na odległość. Zresztą dobrze działający, bo dwie i pół godziny pociągiem to niedużo, można zatęsknić za sobą, a że mieliśmy mieszkania i w Warszawie, i w Poznaniu, korzystaliśmy z tego. W końcu postanowiłem wrócić. Chyba mogę powiedzieć, że również dla Adama. Wtedy już na Jeżyce, bo Adam tu mieszkał - na Jeżycach przy Jeżyckiej.
Dobry wybór?
Chłopaka? Tak. Jeżyc? Też. To jest rzeczywiście najfajniejsza dzielnica Poznania, właściwie miasteczko w mieście. Za to najbardziej lubię Jeżyce. Mamy swój rynek, kino, teatr, restauracje, bibliotekę, fryzjera, bary, sklepy i wszelkie punkty usługowe. Wszystko jest na miejscu. Gdyby się uprzeć, można Jeżyc nie opuszczać. Mogę śmiało powiedzieć, że tu jestem u siebie. Również dlatego, że Jeżyce są takie tęczowe, nasza społeczność jest tu duża i zauważalna. Na wielu balkonach wiszą tęczowe flagi, na naszym, w czerwcu, w okresie Poznań Pride, też. Mamy mnóstwo knajpek, które prowadzą queerowe osoby, mamy gejowski bar - Los Maricones. W ogóle mam wrażenie, że jesteśmy w Poznaniu widzialni nie przez jakieś wielkie hasła czy manifestacje, choć marsz mamy wspaniały, ale bardziej poprzez codzienną obecność, pracę organiczną, społecznikostwo, prowadzenie biznesów. Jest mi to bardzo bliskie.
Coś byś na Jeżycach zmienił?
Dodawałbym nieustannie zieleni, której mamy stosunkowo mało, bo Jeżyce są gęsto zabudowane. Dlatego tak mnie cieszy zaplanowana na ten rok przebudowa ulicy Kościelnej, tak zwanej owalnicy - od tunelu do Wąskiej. Kościelna na tym odcinku ma się stać zieloną, rekreacyjną przestrzenią, idealną na potańcówkę, kino plenerowe czy zjazd food trucków. To będzie naprawdę widoczna zmiana.
A ty kiedy stałeś się widoczny?
O tym, że jestem gejem, pierwsza dowiedziała się siostra i kiepsko to przyjęła, więc dałem jej sporo materiałów edukacyjnych. Z czasem było coraz lepiej, aż w końcu została moją wielką sojuszniczką. Coming out przed znajomymi zrobiłem w liceum - I Liceum Ogólnokształcącym w Inowrocławiu - i muszę powiedzieć, że to było chyba bardziej problematyczne dla mnie niż dla nich. Oni mnie właściwie popchnęli dalej, żebym się nie bał, był sobą. Nabrałem wtedy wiatru w żagle. Zacząłem eksplorować gejowskie życie i do Poznania przyjechałem już z chłopakiem. Rodzicom powiedziałem, będąc na studiach, a właściwie to powiedziałem mamie, która jak prawie każda matka od razu dodała, żeby nie mówić ojcu, bo trzeba go na to przygotować, więc tato dowiedział się kilka lat później.
Jak zareagował?
Milczeniem, długim milczeniem. Spakowałem więc manatki i wróciłem do Poznania. Tato, podobnie jak wcześniej siostra i mama, potrzebował czasu. I ja to szanuję, ale też nie mogę udawać, że nie jestem gejem. Mama była między młotem a kowadłem, prowadziła ciągłe rozmowy pokojowe. Tato musiał to wszystko rozkminić w swoim czasie. W końcu pojechaliśmy z Adamem do rodziców na święta. Dzisiaj tato uwielbia mojego chłopaka. Żartuję nawet, że gdyby musiał wybrać między mną a Adamem, wybrałby Adama.
Jak długo jesteście razem?
W tym roku stuknęło nam dziesięć lat. Dziesięć dobrych lat, bo dobrze nam razem i dobrze nam w Poznaniu. Pracujemy w korpo, mamy dość uregulowane życie od poniedziałku do piątku. Sobota to oczywiście dzień gospodarczy - sprawunki, sprzątanie mieszkania, obiad i już się trzeba szykować na wieczorne wyjście. Lubimy spotykać się na domówkach ze znajomymi, lubimy DKF-y w Zamku i spacery nad Rusałką. Z kolei kiedy Adam coś tłumaczy, bo jest z wykształcenia filologiem fińskim, ja gram w gry komputerowe, ale nadal jesteśmy razem, bo mamy wspólne, podwójne biurko. Tak sobie myślę, że gdybyśmy nie byli parą, bylibyśmy przyjaciółmi.
Społeczność LGBT+ ma w waszym życiu duże znacznie?
Życie w mieście z tak dużą społecznością LGBT+, tak otwartym i różnorodnym, powoduje, że komfort tego życia jest zupełnie inny. Ma to pewnie jeszcze większe znaczenie, kiedy jest się młodą osobą, dopiero odkrywającą i eksplorującą swoją tożsamość. Wtedy szczególnie ważne są te flagi na balkonach, o których mówiliśmy, te queerowe osoby w knajpach, w kinie i w szkole, te coming outy i opowieści osób LGBT+, pełniących rozmaite funkcje publiczne. To jest właśnie nasza poznańska normalność.
Jest nią również chyba to, że twoje bycie gejem nie było żadnym tematem, kiedy angażowałeś się w Radę Osiedla Jeżyce.
To prawda, nie ma to w Poznaniu żadnego znaczenia, że ojej, kandyduje gej! To jest wielkie osiągnięcie. Widać to zresztą na każdym kroku. W naszej wspólnocie mieszkaniowej organizujemy z sąsiadką dwa razy w roku spotkania integracyjne - każdy coś przynosi do jedzenia i picia, włączamy muzykę, jest bardzo miło. Dzięki temu poznaliśmy się, nie jesteśmy dla siebie anonimowi, wszyscy wiedzą, że jesteśmy z Adamem parą. Bardzo lubię takie poczucie wspólnotowości, pracy u podstaw, zmieniania na lepsze tego, co wokół. Lubię dawać coś najbliższym wspólnotom i mam poczucie, że dostaję od nich wiele w zamian. Wierzę, że małe społeczności mają wielką siłę. To jest także przykład poznańskiej społeczności LGBT+, choć ta już nie jest wcale taka mała.
Kacper Kałużny
Amazing Poznań
Kiedy się poznaliśmy, pierwsze, co przyciągnęło mój wzrok, to twoje długie i pomalowane paznokcie.
Zawsze lubiłem mieć zadbane paznokcie, zawsze interesowałem się kosmetykami, więc te moje niestandardowe u faceta paznokcie są, można powiedzieć, tego rezultatem. W Koninie, skąd jestem, nie mogłem sobie na nie pozwolić, wiadomo. Kiedy przeprowadziłem się do Poznania i poczułem większą wolność, stwierdziłem, że spróbuję. Zacząłem od tego, że delikatnie sobie coś nakładałem, żeby paznokcie się błyszczały, a skończyło się na przedłużanych paznokciach. Tak przedłużanych, że wszystkie koleżanki w pracy miały krótsze. Dzisiaj moje są krótsze, ale nadal zauważalne.
Jak ludzie na nie reagują?
W pracy, a miałem ich kilka, spotykałem się i spotykam z pozytywnym odbiorem, szczególnie ze strony kobiet, które lubią mnie komplementować i wypytywać, dodając, że same by takich chciały. Kiedy pracowałem w branży beauty, moje paznokcie były wręcz dodatkowym atutem. Komentarze zdarzają się też w mediach społecznościowych. Ludzie pytają, co to za paznokcie, dlaczego je mam. Pytają też o to czasami pod zdjęciami wrzuconymi do sosziali przez mojego chłopaka, Arka. Zainteresowanie więc jest i nigdy nikt nie powiedział do mnie niczego negatywnego prosto w oczy.
Nawet na stadionie Lecha, gdzie chodzicie z Arkiem na mecze?
Nawet tam, choć widzę czasem po wyrazie twarzy niektórych, wpatrujących się w moje paznokcie, że są, że tak powiem, zaintrygowani. Kiedy nosiłem je znacznie dłuższe i pomalowane, robiłem furorę wśród kasjerek w sklepach, wykładając towar na taśmę. Ale czasy się zmieniają i dzisiaj pomalowane paznokcie u facetów nie robią już wielkiego wrażenia, na pewno nie w Poznaniu.
Mamie się spodobały?
Tak, kiedy zobaczyła je pierwszy raz, powiedziała, że też by takie chciała mieć, chociaż pewnie wolałaby, żeby moje były trochę krótsze. Nigdy mi natomiast tego nie powiedziała, nie domagała się ich skrócenia, bo mnie wspiera, zawsze jest po mojej stronie. Podobnie jak mój chłopak, który nigdy mi nie powiedział, że to mu przeszkadza, choć podejrzewam, że wolałby krótsze.
A z czego one właściwie są, te twoje paznokcie?
Kiedy je przedłużałem, były żelowe. W specjalnej formie nakłada się żel, który jest potem utwardzany pod lampą i malowany na dowolny kolor, w moim przypadku zawsze zbliżony do koloru naturalnej płytki paznokcia.
Funkcjonowanie z nimi to duże wyzwanie?
To kwestia przyzwyczajenia - są i minusy, i plusy. Trudno jest na przykład nimi podnieść monetę, ale są idealne do przewracania boczku na patelni!
Są elementem twojej queerowej ekspresji?
Szczerze powiedziawszy, nigdy tak o tym nie myślałem, ale jak mnie teraz pytasz, to pewnie tak. Na pewno czuję się bardziej queerowo z tymi paznokciami, chociaż są i inne elementy wizualne mogące na to wskazywać.
Kiedy się te queerowe elementy pojawiły w twoim życiu?
Nie pamiętam dokładnie, kiedy sobie uświadomiłem, że jestem gejem, ale zacząłem się z tym utożsamiać w szkole średniej. I to był proces, bo najpierw wydawało mi się, że jestem bi - miałem relacje heteroseksualne, a nawet dziewczynę, z którą do dzisiaj mam bardzo dobry kontakt. Z drugiej strony już w gimnazjum czułem podskórnie, że jestem inny. A może nawet już w podstawówce, choć wtedy to nie ja coś czułem, nie byłem świadomy niczego. Świadomi byli za to, na to wychodzi, inni, którzy mnie przezywali czy popychali, co nie było trudne, bo zawsze byłem bardzo szczupły.
Mówiłeś o tym w domu?
Mówiłem i moja waleczna mama od razu ruszała do szkoły, domagając się ukarania winnych.
Rodzice domyślali się powodów?
Nie wiem. Kiedy dużo później zrobiłem coming out, mama powiedziała, że może kiedyś coś pomyślała, ale jest zaskoczona, co mnie z kolei zaskoczyło, bo wydawało mi się, że to jest oczywiste.
Masz rodzeństwo?
Tak i nie, bo jestem jedynakiem, ale mam przyszywane rodzeństwo. Mama ma siostrę w moim wieku, która teoretycznie jest moją ciocią, a w praktyce była jak siostra i mamy super kontakt do dzisiaj. Do tego trzeba dodać jeszcze dwie córki partnera mojej mamy. Jedna jest w moim wieku, poznaliśmy się jeszcze w gimnazjum i to w sumie przez nas rodzice się spotkali i do dziś są w związku.
Z mamą wydajesz się mieć supermocną relacją.
Jest moją najlepszą przyjaciółką - zawsze mogłem jej wszystko powiedzieć. No, prawie wszystko. Natomiast z ojcem mieliśmy różne okresy, na co wpływ miał na pewno rozwód rodziców, kiedy byłem w gimnazjum. Był więc czas, gdy mieliśmy dobre kontakty, i były czasy, gdy mieliśmy złe kontakty. Teraz właściwie prawie nie mamy kontaktu.
Dlaczego?
Kiedy zdałem sobie sprawę z mojej orientacji i tego, co się w związku z nią wydarzało. Kiedy przypomniałem sobie, jak ojciec i inne osoby z jego rodziny reagowali na gejów w telewizorze, jakiego używali języka, także w stosunku do mnie, poczułem, że nie mogę tego akceptować. Mama, kiedy słyszała jakiekolwiek wulgarne, homofobiczne odzywki, jeszcze zanim się dowiedziała, że jestem gejem, zawsze reagowała tak samo: "Nie mów tak!" - mówiła krótko. A wracając do ojca, doszedłem w życiu do punktu, w którym stwierdziłem, że jeśli ktoś mnie nie akceptuje i nie szanuje za to, kim jestem, to nie ma co udawać. Lepiej nie mieć kontaktu, to jest chyba uczciwsze. Dodam od razu, że nigdy nie rozmawiałem otwarcie z ojcem o mojej orientacji, a dowiedział się o niej z fejsbuka.
Do tego zaraz przejdziemy, ale ciekawi mnie jeszcze, czy eksplorowałeś gejowski świat Konina?
Nie bardzo, dopiero teraz, po latach, dowiaduję się z fejsa i insta, że ten jest gejem, tamten jest gejem. Wtedy nic nie wiedziałem, długo myślałem, że jestem jedyny.
Zaraz, zaraz! Urodziłeś się przecież w roku 1998, więc nastolatkiem byłeś w drugiej dekadzie XXI wieku, kiedy były już dobrze rozwinięte internety.
Tylko że ja byłem raczej typem bardziej wycofanym, ostrożnym, nadwrażliwym. Nigdy bym się nie odważył na pierwszy krok, choć wszystko buzowało. W końcu odważył się mój kolega, miałem wtedy osiemnaście lat. Związek z dziewczyną był już skończony. Podobnie jak moje myślenie o tym, że jestem bi. Zacząłem nowy rozdział w życiu, co się również wiązało z przeprowadzką do Poznania.
W Koninie nie było fajnie?
Było, ale do pewnego wieku. Miałem tam dużo znajomych, super przyjaciół. Trzymaliśmy się razem, imprezowaliśmy, uczyliśmy się. Poza tym dużą część czasu zabierał mi taniec nowoczesny, który przez kilka dobrych lat trenowałem w Konińskim Domu Kultury. Bardzo to lubiłem, ale niestety ten rozdział mojego życia skończył się dość dramatycznie, bo się połamałem - złamałem trzon kości udowej z przemieszczeniem. Jeździłem na wózku i musiałem się właściwie nauczyć chodzić od nowa, więc na tancerza już się nie nadawałem.
To jak to było z tym fejsbukowym wyjściem z szafy w 2023 roku?
Mój partner wstawił na fejsa post - nasze zdjęcie, na którym siedzimy na stadionie Lecha, trzymając się za ręce, i dopisek: " (Nie) łączy nas piłka, ale zabrałem go na mecz", plus serduszka. Arek zapytał, czy może wrzucić taki post, powiedziałem, że tak, i dopiero po meczu zdałem sobie sprawę, że to jest właściwie mój publiczny coming out.
Kto wcześniej wiedział?
Mama i dziadkowie - rodzice mamy, i partner mamy z jego rodziną.
Jaka była reakcja niewiedzących na ten post?
Leciały lajki i serduszka, nawet od rodziny ojca, ale nie od niego.
Nie zadzwonił?
Nie, co też jest przecież reakcją. Negatywną. I to mnie oczywiście boli.
Powiedziałeś, że mama już wiedziała. Skąd?
Ode mnie. Kiedy się wyprowadziłem do Poznania, zaprosiłem ją na weekend z postanowieniem, że czas już jej powiedzieć. Przyjechała, odebrałem ją z dworca i zabrałem do mieszkania na Winogradach, które wynajmowałem z przyjaciółką. Usiedliśmy, byłem strasznie zdenerwowany, mama to czuła, więc też się denerwowała. Siedzieliśmy jak na szpilkach, aż w końcu powiedziałem: "Jestem gejem". Popłakaliśmy się, otworzyliśmy po browarze, długo rozmawialiśmy, a potem poszliśmy do Dużego Lokum na Półwiejskiej, nieistniejącego już queerowego klubu, który prowadził Arek Kluk.
W Poznaniu od początku studiowałeś i pracowałeś?
Tak, taki był warunek mojej wyprowadzki. Mama powiedziała, że oczywiście wesprze mnie, jak tylko będzie mogła, ale to jest za mało na utrzymanie mnie w Poznaniu, więc musiałem od razu znaleźć pracę. Od rana do popołudnia studiowałem, a od popołudnia do wieczora pracowałem. Najpierw oczywiście w gastro.
Poznań był naturalnym wyborem dla chłopaka z Konina?
Tak, bo wiadomo, blisko, dobre uczelnie, ale też wpływ na ten wybór miało to, że byli już w Poznaniu moi znajomi, którzy rok wcześniej zrobili maturę, bo kończyli licea, a ja technikum, więc uczyłem się rok dłużej. Oni przetarli już ścieżki i do nich dołączyłem.
Co to było za technikum?
Będące częścią Zespołu Szkół im. Mikołaja Kopernika. Wybrałem technikum o specjalności hotelarstwo, które skończyłem z tytułem technik hotelarstwa, i w Poznaniu poszedłem na towaroznawstwo na Uniwersytecie Ekonomicznym.
Dlaczego nie na hotelarstwo czy turystykę?
Bo hotelarstwo było zwykle na prywatnych uczelniach, na które nie było mnie stać. A poza tym interesowałem się już wtedy bardzo kosmetykami i chciałem studiować coś w tym kierunku. Okazało się, że na Uniwersytecie Ekonomicznym jest taka specjalizacja na studiach drugiego stopnia właśnie na towaroznawstwie, ale żeby pójść na drugi stopień, trzeba zrobić najpierw pierwszy - tak trafiłem na towaroznawstwo, które skończyłem. Naprawdę dużo się tam nauczyłem, ale na drugi stopień już nie miałem czasu, bo porwało mnie życie.
Kiedy się zaczęła ta kosmetyczna pasja?
Już w gimnazjum zacząłem malować mamę i koleżanki, a że jestem gejem, to koleżanek miałem mnóstwo. Tak nabierałem wprawy, uczyłem się makijażu, zdobywałem wiedzę o kosmetykach, a w Poznaniu sam zacząłem się malować i do dzisiaj robię sobie delikatny makijaż.
Zacząłeś też profesjonalnie malować innych?
Na początku malowałem kobiety z okazji różnych wydarzeń okolicznościowych, a potem zaaplikowałem do Sephory. Myślałem, że to będzie jakieś pół etatu, dzięki któremu zdobędę doświadczenie i będę miał dostęp do lepszych, droższych kosmetyków. Skończyło się na pełnym etacie w Sephorze w Posnanii, gdzie zacząłem od konsultanta-makijażysty, a skończyłem jako kierownik sali sprzedaży i specjalista. Pracę w sklepie mniej lubiłem, najbardziej interesowała mnie część szkoleniowa związana z makijażem, gdzie Sephora daje ogromne możliwości nauki od najlepszych, wyjazdów, dostępu do topowych kosmetyków. Udało mi się z tego niejednokrotnie skorzystać, z wyjazdem szkoleniowym do Paryża włącznie.
To dlaczego po trzech latach odszedłeś z Sephory?
Bo musiałem zdecydować: albo Sephora, albo stworzenie własnego biznesu z Arkiem. Zdecydowałem się na to drugie i jesienią zeszłego roku otworzyliśmy Los Maricones, nasz gejowski bar na gejowskich Jeżycach.
Otworzyliście go nie tylko jako partnerzy biznesowi, ale jako para. Od kiedy?
Poznaliśmy się podczas imprezy we wspomnianym Lokum na Półwiejskiej, gdzie zabrałem mamę zaraz po tym, jak zrobiłem coming out. Wiedziałem oczywiście, że Arek jest jego menadżerem i prezesem Grupy Stonewall, uczestniczyłem w organizowanych przez niego paradach równości w Poznaniu. Była to klasyczna relacja cześć-cześć. Ale w 2023 roku coś zaczęło między nami iskrzyć, przychodziłem coraz częściej do Lokum, już nowego w Zamku, i kiedy zaprosiłem Arka do domu na kolację, został na śniadanie. Kilka miesięcy później zamieszkaliśmy razem i tak jest do dzisiaj. Miałem po drodze różne romanse, a to jest mój pierwszy poważny związek.
Mama polubiła Arka?
Bardzo, mają fajną relację. Ja z rodzicami Arka podobnie. Mama z rodzicami Arka też się zna i kiedy wszyscy przyjeżdżają do Poznania, miło spędzamy czas. Mieszkamy w tej samej jeżyckiej kamienicy, w której mamy bar, więc schodzimy do pracy w kapciach. I kiedy odpalamy nasz neon, włączamy muzykę, zaczynają się schodzić ludzie, sączymy koktajle i się śmiejemy, to myślę sobie, że queerowy Poznań jest naprawdę amazing.
Grzegorz Gardyjas
Zadowolony gej
Skąd twoja fascynacja tenisem?
Fascynowałem się nim całe życie, przed telewizorem. Będąc już po trzydziestce i oglądając bodaj US Open, pomyślałem sobie, dlaczego by nie spróbować samemu, a że trafiła mi się na Grouponie okazja na wykupienie niedrogo pięciu treningów, skorzystałem. I tak się zaczęło, zakochałem się w tenisie ziemnym z wzajemnością.
Od tego czasu trenujesz?
Powiedziałbym, że gram dla przyjemności. Tenis to moja ulubiona rekreacja, na turniejach, na które jeżdżę, nawet dość intensywna - to może być nawet kilka rozgrywek dziennie. Jeśli oczywiście wygrywasz i wspinasz się po turniejowej drabince.
Skąd się wzięły te turnieje?
Zawsze miałem żyłkę organizatora, więc po jednym czy drugim turnieju stwierdziłem, że też je mogę organizować, tylko może trochę lepiej. Chciałem to sprawdzić. Zaczęło się pięć lat temu z chłopakami z Warszawy i Katowic od Gaybledonu. To były turnieje organizowane sporadycznie w Katowicach i Warszawie i regularniej, raz w roku, w Poznaniu. Po jakimś czasie postanowiliśmy przekształcić je w porządne rozgrywki i tak powstał Gaybledon Championship Tour, podczas którego gramy turnieje singlowe i deblowe w pięciu miastach. Do tego zaczęliśmy wkrótce organizować w Poznaniu międzynarodowy turniej GLTA Summer Vibes, a od przyszłego roku będziemy też mieli po raz pierwszy w Polsce GLTA Winter Vibes we Wrocławiu.
Co to jest GLTA?
Gay and Lesbian Tennis Alliance, globalna organizacja, w której zarządzie mam przyjemność zasiadać od tego roku. Jestem w nim nie tylko jedynym Polakiem, ale i jedynym Europejczykiem.
Kto wymyślił tę genialną nazwę - Gaybledon?
Ta rzeczywiście chwytliwa nazwa narodziła się jakieś pięć lat temu, tuż przed pandemią, z rozmów z kilkoma zaangażowanymi osobami i wcale nie była tak entuzjastycznie przyjęta przez wszystkich. Część osób uważała, że jest zbyt ostentacyjna, co pociągnie za sobą na przykład problemy ze sponsorami albo wynajęciem przestrzeni na turnieje. Ja jej broniłem i dzisiaj widać, że słusznie. Gaybledon organizujemy przede wszystkim dla polskich zawodników. Wypełnia nam kalendarz w okresie jesienno-zimowym, kiedy liczba turniejów jest znacząco mniejsza.
Gaybledon sugeruje, że to zawody tylko dla gejów.
Od początku chcieliśmy stworzyć bezpieczną przestrzeń nie tylko dla trenujących tenis ziemny gejów, ale także lesbijek, bo i one doświadczyły rozmaitej dyskryminacji na obiektach sportowych. Nie wszyscy mieszkają w przyjaznym Poznaniu i pewnie nie wszyscy mają tyle szczęścia co ja, bo mnie żadna nieprzyjemność z powodu tego, że jestem gejem, w naszym mieście nie spotkała. A poza tym mam wywalone na to, czy ktoś na mnie będzie krzywo patrzył. Doświadczenie wielu osób jest jednak inne.
A dzisiaj jak jest z Gaybledonem?
Dominują geje, ale na nikogo się nie zamykamy. Poza tym nie sprawdzamy przecież orientacji. Jeśli ktoś chce wziąć udział w naszych rozgrywkach, zapraszamy. Zresztą to się już dzieje. Dołączyły do nas kobiety, na które bardzo świadomie się otworzyliśmy podczas starań o organizację turniejów GLTA. Z kobietami mieliśmy początkowo taki problem, że często było ich po prostu za mało, żeby stworzyć całą drabinkę rozgrywek na wszystkich poziomach. Organizowaliśmy więc turnieje mieszane, all gender. Z czasem sytuacja zaczęła się zmieniać, kobiet zaczęło przybywać, a ich obecność uświadomiła mi rzeczy, z których sobie nie zdawałem sprawy. Na przykład to, jak bardzo kobiety dyskryminowane są płacowo. Jeśli mniej zarabiają, wydatki turniejowe są dla nich znacznie bardziej uciążliwe - tysiąc pięćset złotych kosztu weekendowego turnieju to dla wielu kobiet było zbyt drogo, a dla facetów nie. Musieliśmy na to zareagować, próbując tworzyć takie warunki, które będą okej dla wszystkich.
Dzisiaj grają wszyscy?
Tak, w tym roku udało nam się na Summer Vibes zagrać wszystkie drabinki męskie - pięć poziomów singlowych i pięć deblowych oraz cztery z pięciu kobiecych drabinek singlowych i deblowych.
Co to są te drabinki?
W GLTA jest pięć drabinek, czyli pięć poziomów umiejętności: open (dla ludzi na progu zawodowstwa tenisowego) oraz dywizje A, B, C i D. A - mocno zaawansowani, B - średniozaawansowani i tak dalej. Drabinki są oddzielne dla zawodów singlowych i deblowych. Gramy w sumie rocznie przeszło dziewięćdziesiąt turniejów na świecie: od Tokio przez Australię oraz Amerykę do Europy. Wszystko to jest oczywiście zapisywane w naszych rankingach, a zwieńczeniem są mistrzostwa świata, które w zeszłym roku były w Puerto Rico i z których nasze polskie zawodniczki przywiozły medale.
Z powodu tych mistrzostw grałeś mecz z wiceprezydentem Poznania Jędrzejem Solarskim?
Tak, zbieraliśmy środki na wyjazd naszych zawodniczek i pan prezydent dał się również zlicytować. Zagraliśmy mecz, w którym prezydent mnie zmiótł - 0:6, 0:6 - ale musiał się trochę namęczyć, tak łatwo mu się nie dałem.
Ile osób w Polsce bierze udział w rozgrywkach?
Poważnie z nami powiązanych jest około stu pięćdziesięciu osób, graczy i graczek.
Z całego kraju?
Zasadniczo tak, ale dominuje kilka ośrodków - Warszawa, Śląsk i Trójmiasto.
W poznańskim Klubie Sportowym Orion, skupiającym osoby LGBT+, też chyba jest możliwość grania w tenisa ziemnego?
Jest, sam tam trenuję w piątkowe wieczory i wszystkich chętnych, zarówno tych bardziej zaawansowanych, jak i początkujących, zapraszam do dołączenia do sekcji tenisowej Oriona.
Kilka tygodni temu spotkałem cię w Lokum Stonewall z wielką międzynarodową grupą. Kim były te osoby? Co tu się działo?
Odbywał się w Poznaniu jeden ze wspomnianych wcześniej międzynarodowych turniejów GLTA Summer Vibes. Była to trzecia edycja u nas. Przejechało przeszło sto trzydzieści osób z prawie trzydziestu krajów, a w Lokum, bo gdzież by indziej, zorganizowaliśmy welcome party.
Gdzie graliście turniejowe mecze?
Jedynym miejscem w Poznaniu, które jest w stanie tak dużą imprezę obsłużyć, jest Park Tenisowy Olimpia. W sezonie letnim dysponuje on dziesięcioma kortami. To i tak dla nas za mało, bo potrzebujemy czternastu. Łączymy więc Olimpię z kortami Uniwersytetu Przyrodniczego, gdzie rozgrywamy mecze od ósmej rano do ciemnej nocy.
Mówiłeś, że kiedy powstała nazwa Gaybledon, niektórzy się obawiali, że mogą być problemy z organizacją turniejów. Jak było z GLTA Summer Vibes w Poznaniu? Jakieś problemy?
Żadnych, współpraca z Olimpią od samego początku jest wręcz wzorowa, obiekt jest pięknie zadbany, płacimy jak wszyscy inni. Mówiąc krótko - jest tak, jak powinno być w cywilizowanym świecie.
Co ci goście ze świata sądzą o Poznaniu?
Pamiętam, że kiedy przyjechali na pierwszą edycję Summer Vibes, to się w kolanach ugięli, bo spodziewali się dzikiego, homofobicznego kraju. Szybko się jednak zorientowali, że Poznań jest nie tylko pięknym, czystym i bezpiecznym miastem, ale kompaktowym, z lotniskiem, z którego jedzie się kwadrans do centrum. I co najważniejsze, bardzo tęczowym.
My się nie poznaliśmy na meczu tenisa, gdyż nie uprawiam żadnego sportu, ale w okolicznościach najmu, bo zawodowo jesteś agentem.
Agentem, dodajmy, nieruchomości. Nic innego nie potrafię, serio. Ale podobno jestem w tym niezły.
Potwierdzam!
Dziękuję. W tej branży jestem już pełnoletni, zajmuję się nią osiemnaście lat. Chyba to, co mnie tak długo w zawodzie utrzymuje i sprawia, że go naprawdę lubię, to nieprzewidywalność. Naprawdę nie wiem, co mnie danego dnia spotka i kogo spotkam. Moja branża to cała gama emocji, bo ludzie - kupując mieszkanie - podejmują często decyzję na całe życie, choćby z powodu kredytu. Wszystko to, te wyzwania i nieprzewidywalność, daje mi paliwo na życie. Ale nie jest to zawód dla każdego, o czym świadczy choćby to, że niewiele jest osób, które pracują w nieruchomościach tak długo jak ja.
Gdzie dzisiaj ludzie najbardziej chcą mieszkać w Poznaniu?
Nie ma takiej jednej okolicy, bo ludzie szukają naprawdę różnych miejsc. Jedni chcą mieszkać w centrum wydarzeń towarzyskich na modnych Jeżycach, inni na spokojnym osiedlu na uboczu, jedni w kamienicy, drudzy w apartamentowcu. Miasto się też oczywiście zmienia. Kiedy zaczynałem pracę w nieruchomościach, na Jeżyce chodziło się po to, żeby dostać po ryju, a dzisiaj na hummus.
Jaka jest najważniejsza umiejętność dobrego agenta nieruchomości? Być wygadanym?
Uważnie słuchać, bo nie szukamy mieszkania dla siebie, tylko dla innych. Przydaje się dobra znajomość prawa dotyczącego obrotu nieruchomościami, a ono się ciągle zmienia, i topografii miasta. Myślę, że topografię Poznania mam opanowaną na poziomie starego taksówkarza.
A ty gdzie mieszkasz?
Na Winogradach, tuż przy Cytadeli, i bardzo to sobie chwalę.
Zawsze byłeś taki otwarty w byciu gejem?
Od kiedy jestem dorosły. W rodzinnych, lubuskich Strzelcach Krajańskich nie było na to warunków. Można powiedzieć, że moje gejowskie życie zaczęło się w Poznaniu, gdy w wieku osiemnastu lat przyjechałem tu na studia. Zacząłem od logistyki i transportu międzynarodowego na Akademii Ekonomicznej - po pięcioletnich studiach i zdobyciu tytułu magistra pracowałem w tej branży całe dwa dni. Zajęcie się nieruchomościami doradził mi kolega, jak się okazało trafnie. Skończyłem najpierw podyplomowe studia z obrotu z nieruchomościami, bo wtedy branża była regulowana, potem kolejne z zarządzania nieruchomościami i z rzeczoznawstwa majątkowego. Podszedłem więc do sprawy profesjonalnie. Dzisiaj agentem nieruchomości może zostać każdy bez żadnych wymogów, ale na szczęście dla mnie to nie jest konkurencja.
Wracam do pytania o gejowską otwartość.
Z szafy wyszedłem po pierwszym roku studiów, w domu rodzinnym także. Myślę, że mam w życiu wielkie szczęście do ludzi, których spotykam na mojej drodze: i prywatnej, i zawodowej. Nigdy nie spotykałem się z żadnymi negatywnymi reakcjami na to, że jestem gejem - z siostrami, z kuzynami, z bliższą i dalszą rodziną nie było żadnego problemu. Mogę więc powiedzieć, że jestem zadowolonym gejem. Nawet bardzo.
Gabi Skrzypczak
Eksplozja queeru
Jak wspominasz czas "dobrej zmiany"?
Ciężko, ale też ciekawie, bo to okres mojego wchodzenia w dorosłość, który był, mam wrażenie, nieustannym uczestniczeniem w przepychance politycznej. Wtedy przeprowadziłam się z Torunia do Poznania, poszłam na studia - na historię sztuki - i zaczęłam żyć na własnych zasadach, co jest ważne, bo pochodzę z bardzo konserwatywnej rodziny. W Poznaniu poczułam się w końcu wyzwolona, poznałam fajnych ludzi, włączyłam się ze znajomymi w scenę dragową i zaczęłam robić to, co chcę.
Czyli było słodko-gorzko?
Tak, bo jednocześnie musiałam ciągle w jakiejś sprawie protestować, walczyć o nasze prawa - jak nie kobiet, to osób LGBT+.
Dlaczego wybrałaś na studia akurat Poznań? W Toruniu też mogłaś studiować historię sztuki.
W Toruniu jest chyba większy nacisk na sztukę dawną, na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika dobra jest też archeologia. Mnie interesowała sztuka współczesna, szczególnie w Europie Środkowo-Wschodniej, dlatego Poznań był najlepszy. Poza tym tu już studiowała moja siostra, więc miałam zbadany teren, a Poznań wydawał mi się po prostu supermiastem. Przeniosłam się tu w 2016 roku.
Na poznańskiej historii sztuki jest ostry podział na obóz postępowy i ultrakonserwatywny. Odczuwałaś to?
Pod koniec już tak i był to jeden z powodów, dla których zrezygnowałam ze studiów magisterskich, wzięłam swój licencjat i poszłam na studia kuratorskie na UAP, które zresztą skończyłam z wyróżnieniem. Na Uniwersytecie Artystycznym już bardzo intensywnie zajęłam się sztuką queerową, z niej u Marty Smolińskiej robiłam magisterkę, którą zaczęłam jeszcze w Instytucie Historii Sztuki UAM u Pawła Leszkowicza. Pisałam o warszawskim festiwalu Pomada, czując jednocześnie, że potrzebuję już być z artystami, że chcę pracować, chcę realizować się kuratorsko.
Dlaczego zajęłaś się queerową sztuką?
Początkowo pociągała mnie również sztuka średniowieczna, ale ostatecznie wygrała współczesna właśnie w jej feministycznych i queerowych aspektach. Na historii sztuki jest tak, że piszesz dwie prace licencjackie, a potem musisz zdecydować, której bronisz. Jedną napisałam o negatywnym wizerunku Żyda w polskiej sztuce gotyckiej, a drugą o niewidzialnej pracy kobiet w dziełach artystek z Bośni i Hercegowiny. Do obrony wybrałam, jak się domyślasz, tę drugą, napisaną pod okiem Magdaleny Radomskiej. I tak już poszłam w stronę queeru. Jeszcze zanim zaczęłam studia na UAP, zdążyłam otworzyć na zaproszenie Gosi Mycek swoją pierwszą queerową wystawę, towarzyszącą benefisowi na rzecz tranzycji znajomej osoby. Wystawa nosiła tytuł Przeciw rodzinie i była o tym, że my, osoby queerowe, chcemy, możemy i często musimy budować nowe rodziny z wyboru. To był czas, kiedy queer eksplodował w moim życiu.
Czym jest dla ciebie sztuka queerowa?
Z definicją, jak wiesz, jest problem. Należałoby raczej mówić o definicjach. Ja trzymam się tej stworzonej przez Eve Kosofsky Sedgwick, która w swojej nieprzetłumaczonej niestety na polski książce "Epistemology of the Closet" napisała, że queer to jest każde przekroczenie heteronormy. I tak chcę o queerze myśleć, że to jest przekroczenie, które wcale nie musi być afirmatywne, bo queer nie zawsze jest fajny i kolorowy, o czym chyba zapominamy.
I tak zawędrowaliśmy do Galerii Miejskiej Arsenał, gdzie w czerwcu, Miesiącu Dumy, otworzyła się wystawa "Strefy LGBT+. Sztuka queerowa w czasach dobrej zmiany", której jesteś współkuratorką.
Zrobiliśmy ją z Tomkiem Pawłowskim-Jarmołajewem, z którym znaliśmy się wcześniej, ale nie pracowaliśmy wspólnie. Kiedy już zaczęliśmy, wydało nam się oczywiste, że chcemy stworzyć queerową wystawę. Myśleliśmy oczywiście o wielkiej przekrojowej wystawie, ale potem musieliśmy to marzenie sprowadzić na ziemię i zrobić coś na miarę przestrzeni, którą mamy w Arsenale.
Największą queerową wystawą w Polsce chyba niezmiennie pozostaje "Ars Homo Erotica" z 2010 roku w Muzeum Narodowym w Warszawie, której kuratorem, za czasów krótkiej dyrekcji Piotra Piotrowskiego, był Paweł Leszkowicz. Obaj byli naukowcami w Instytucie Historii Sztuki UAM.
Ta wystawa niezmiennie pozostaje punktem odniesienia. Wystawy queerowe w Polsce dzieli się na przed "Ars Homo Erotica" i po. Niestety byłam za mała, żeby na nią iść.
Ja na niej byłem, robiłem też z Pawłem z tej okazji wywiad. Tamta wystawa, bardzo w gruncie rzeczy gejowska, była oczywiście znakiem swoich czasów. Dzisiaj mamy wystawy queerowe - to jedna zmiana, która zaszła od tamtego czasu. Druga jest taka, że dzisiaj mieszka w Polsce sporo queerowych osób artystycznych z Białorusi i Ukrainy, co znów zmienia perspektywę.
To jest dla mnie bardzo ciekawy wątek i zwróciliśmy na niego z Tomkiem uwagę, przygotowując wystawę. Nie bez powodu mamy na niej oprowadzanie po ukraińsku i białorusku. I tak, masz rację, zetknięcie się z artystami ze Wschodu zmienia perspektywę, bo nawet za czasów "dobrej zmiany" osoby LGBT+ w Polsce miały się o wiele lepiej niż queery w Białorusi. Warto jeszcze dodać, że białoruska sztuka w Polsce rozwija się znakomicie również poza queerowym kontekstem.
Wyniosłaś coś dla siebie z pracy nad tą wystawą?
Na pewno większą wiedzę o performansie queerowym, głównie za sprawą Andrzeja Pakuły, który kuratoruje nasz performatywny program w Pawilonie. A wiesz, co mnie zaskoczyło? Nikt przeciw tej wystawie nie protestował.
To samo mówił mi Mikita Iłyńczyk po premierze jego "Pigmaliona" w Teatrze Polskim. Powiedziałem mu wtedy to, co powiem teraz tobie: Poznań jest już dawno stracony dla obrażonych uczuć religijnych. Kiedy Polska brunatnieje, Poznań zdaje się iść w zupełnie przeciwną stronę.
Widzisz, a ja byłam przyzwyczajona do klimatów toruńskich, gdzie oprotestowuje się wszystko: od koncertów Behemota do wystawy Mariny Abramović.
Identyfikujesz się z którąś z liter naszego tęczowego akronimu?
Najbardziej z literą L, choć wchodziłam też zawsze w relacje z mężczyznami. Z tymi literami generalnie jest problem, bo one nieraz bardziej ograniczają, niż określają. Gdybym sama miała się zdefiniować, powiedziałbym, że jestem biseksualna i homoerotyczna, bo nigdy nie potrafiłam wejść z romantyczny związek z mężczyzną, jakoś nie mam do nich serca. Z moją dziewczyną, z którą się niedawno zaręczyłyśmy, funkcjonujemy jako lesbijki - znajomi zawsze mówią, że idą do lesbijek albo "na liban".
Tak też było w Toruniu?
Jak już wspomniałam, jestem z bardzo konserwatywnej, religijnej, prawicowej rodziny, w której nie tylko ja, ale również moja siostra jest lesbijką. Mamy więc, co nie będzie zaskoczeniem, niełatwe relacje z rodzicami. Nie mogę z moją dziewczyną przyjechać do domu rodzinnego, a skoro nie, to tam nie jeżdżę. Nie mówiąc już o tym, że moja dziewczyna jest trans, więc dla moich rodziców to jest za dużo. O ile siostra mogła od czasu do czasu zapraszać swoją dziewczynę - jako koleżankę - na rodzinne imprezy, o tyle ja mojej nie mogę, bo jest dla rodziców wizualnie zbyt queerowa.
Kiedy zaczęło się twoje queerowe życie?
W czasach licealnych, kiedy funkcjonowałam jako osoba biseksualna. Miałam fajne towarzystwo, ale mimo to czułam bifobię, zakładającą oczywiście, że niby spoko, ale lepiej, żebyś się zdecydowała. Ciekawe, że kiedy facet mówi, że jest bi, wszyscy zakładają, że jest gejem, a kiedy kobieta mówi, że jest bi, to na pewno jest hetero. Moja teoria jest taka, że ludzie nie potrafią dopuścić do siebie myśli, że fajnie jest być z dziewczyną. Dominuje przekonanie, że zawsze to mężczyzna musi być w centrum zainteresowania.
Były w twoich czasach jakieś queerowe kluby w Toruniu?
Jeden, nie było też bardzo długo marszu równości. Toruń zaczął się pod tym względem zmieniać, kiedy już się wyprowadziłam. Wiem, że dzisiaj są tam miejsca queerowe, jak Równik, i sporo miejsc queer-friendly. Czasami bywam w Toruniu, wzięłam też z moją dziewczyną udział w tamtejszym marszu równości. Fajnie było, choć nie jest to oczywiście skala poznańska.
Spotkałaś na toruńskim marszu jakieś znajome osoby z dawnych lat?
Nie, ale miałam w liceum w klasie lesbijkę, z którą wszyscy się kumplowali, ja również. I wszystko niby było super, ale kiedy zbliżała się studniówka, chłopacy dziewczyn z klasy powiedzieli, że oni z lesbijką przy jednym stole siedzieć nie zamierzają. Wybuchła wielka afera. Nazwano rzecz po imieniu - dyskryminacją. Pamiętam, że szczególnie mocno zareagowała moja polonistka, co było super. Szkoła, do której chodziłam, III LO, była zresztą już wtedy w czołówce tych przyjaznych osobom LGBT+. Muszę powiedzieć, że całkiem miło mi się mieszkało w Toruniu, który w pewnym momencie stał się po prostu dla mnie za mały. Bardzo ceniłam tamtejsze Centrum Sztuki Współczesnej, w Poznaniu takiego nadal nie mamy. Pierwsza duża queerowa wystawa, na której byłam, to wystawa Karola Radziszewskiego właśnie w toruńskim CSW. Może wrócę do Torunia na emeryturę.
Coming out zrobiłaś przed wyjazdem do Poznania?
Tak, choć myślę, że rodzice początkowo uważali, że robię im tym tylko na złość, bo lubiliśmy się zawsze w moim domu droczyć. Poza tym, skoro spotykałam się i z chłopakami, i z dziewczynami, liczyli pewnie, że się skończy jednak na chłopakach. No, niestety, zawiodłam ich, co, jak już mówiłam, ochłodziło nasze relacje. Co roku mamy ten sam rytuał: mama mnie pyta, czy przyjeżdżam na święta, ja pytam, czy mogę z Idą, mama mówi, że nie, więc nie przyjeżdżam. Bardzo jest to dla mnie ważne, żeby jednak postawić granicę - skoro mnie nie akceptujesz, nie będziemy zasiadać razem do stołu. Przecież byłaby to jakaś straszna hipokryzja. Po co udawać?
Do Poznania przeprowadziłaś się, kiedy zaczęła się jego queerowa metamorfoza. Czułaś się częścią tej zmiany?
Jeszcze zanim się tu przeniosłam, wiedziałam, że Poznań staje się coraz bardziej queerowy. Mówiła mi o tym wspomniana koleżanka lesbijka. Z kolei przez siostrę od razu wpadłam do queerowej bańki i zaczęły się nasze przygody z dragiem, nasze szalone performanse. Bardzo to lubiłam, ale jednocześnie nie miałam szczególnie mocnego scenicznego przebicia, co znów pewnie tłumaczy, dlaczego zajmuję się teorią i historią sztuki, a nie jej tworzeniem. Chyba zawsze wolałam funkcjonować wobec czyichś prac.
Bardzo długo bary były głównie gejowskie, lesbijskie upadały szybciej, niż się otwierały. Dzisiaj większość tęczowych miejscówek jest dla wszystkich. Bywasz w nich?
O lesbijskich barach to słyszałam tylko legendy, a w tych queerowych, jasne, bywam, ale nie jestem typem klubowym i nie bardzo lubię kulturę alkoholu. Wolę raczej klimat wystaw, performansów, wydarzeń artystycznych i domówek. Na takiej właśnie imprezie poznałam Idę, moją dziewczynę. Najpierw obserwowałyśmy się na Instagramie, robiłyśmy podchody, lajkowałyśmy wzajemnie posty, a potem jak na jednej z imprez się do siebie przykleiłyśmy, tak już zostałyśmy. Jesteśmy razem trzy lata. Co ciekawe, Ida jest osobą binarną, co w moim najbliższym otoczeniu związanym z dragowym House of Orzeczenie jest naprawdę rzadkością.
Mieszkacie razem?
Tak, najpierw mieszkałyśmy w dragowej komunie, dzisiaj mieszkamy już same, oczywiście na Jeżycach. Ida jest filolożką angielską. Specjalizuje się w lingwistyce komputerowej i orientuje się dobrze w świecie różnych feministycznych cyberzajawek, co jest dzisiaj modne w sztuce. Już dwa razy ją wkręciłam we wspólne przygotowanie wystaw. Lubimy robić rzeczy razem, jesteśmy szczęśliwe. Jest nam w Poznaniu naprawdę dobrze.