Alicja Mielcarek
Ciągle jestem w drodze

Kobieta z krótkimi, siwymi włosami na tle lasu obejmuje pień drzewa. - grafika rozmowy
Alicja Mielcarek, fot. Grzegorz Dembiński
Alicja Mielcarek
Ciągle jestem w drodze

Chciałem zacząć od pytania, ile masz lat, ale obawiam się, że usłyszę formułkę, że kobiet się nie pyta o wiek.

Mniemam, że jak na mnie rzucisz okiem, to nie odczytasz wieku.

Kiedy rzucam okiem, słowo seniorka nie przychodzi mi do głowy.

A jednak, mam sześćdziesiąt cztery lata, jestem na emeryturze i mam w końcu czas, żeby zająć się sobą.

Zatem zajmijmy się tobą. Jesteś skąd?

Korzenie rodzinne mam splątane, ale rodzice poznali się we Wrocławiu, zakochali się szaleńczo i kilka tygodni później pobrali, czego konsekwencje masz przed sobą. Urodziłam się niedaleko Wrocławia. Mama miała tam siostrę. Tam też się wychowywałam i chodziłam do wspaniałej szkoły podstawowej. Kiedy ją skończyłam, przeprowadziliśmy się do Poznania, gdzie poszłam do liceum, a potem na studia. Jedną z najfajniejszych przygód mojego nastoletniego rozdziału była Pro Sinfonica, działająca do dzisiaj pod skrzydłami Filharmonii Poznańskiej. Chodziłam tam z koleżanką, która - co ciekawe - powiedziała mi po latach, że dołączyła tylko ze względu na mnie.

Coś poza muzyką?

Szczerze powiedziawszy, byłam zafiksowana głównie na nauce, poza nią były tylko muzyka, harcerstwo i ruchy charyzmatyczne w Kościele.

Czyli wzorowa, pobożna uczennica.

Z silną pobożnością wyniesioną z domu.

Jaki był jeszcze twój rodzinny dom?

Dzisiaj trzeba byłoby go pewnie nazwać trochę przemocowym, choć wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Nie mam tu dobrych wspomnień - ojciec nadużywał alkoholu, bywał agresywny, uciekałyśmy od niego z mamą.

Jakieś queerowe życie?

Ono toczyło się w podziemiu, nie było go więc wówczas - w połowie lat 70. - dla mnie.

Którą jesteś literką w naszym tęczowym akronimie?

Sama sobie nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Jestem ciągle na etapie autoidentyfikacji. Nie znaczy to, że wcześniej tym tematem, że tak powiem, się nie zajmowałam. On był zawsze obecny gdzieś w moim życiu. Pamiętam, jak po powrocie z wakacji u dziadków na wsi, gdzie były też moje kuzynki, powiedziałam mamie, że kiedy urosnę, wezmę z jedną z nich ślub.

Co na to mama?

Wtedy nie zareagowała, ale kiedy jakiś czas później to powtórzyłam, powiedziała, że to nie jest normalne i że musimy iść do lekarza. Miałam wtedy może pięć lat, więc kiedy usłyszałam o tym lekarzu, postanowiłam, że już nigdy więcej nic podobnego mamie nie powiem, co nie znaczy, że przestałam tak myśleć. Jednak strach przed tym, że to jest niezdrowe, nienormalne, był tak silny, że nie wracałam do tematu, czując oczywiście, że jestem inna.

Kościół był w tym wszystkim opresyjny czy traktowałaś go jak schronienie?

Wówczas nie dostrzegałam opresyjności Kościoła, wręcz przeciwnie, wierzyłam w jego mistyczną moc. Myślałam, że jestem nie taka, jaka być powinnam. Uwierzyłam w ten społeczny przekaz. Założyłam, że klasztor będzie najlepszym rozwiązaniem, i to rozumiany niekoniecznie jako ucieczka od świata, bo byłam wtedy autentycznie zaangażowana religijnie. Modliłam się, żeby Bóg mnie "uzdrowił".

Przekroczyłaś furtę?

Nie, ale historia z tym związana jest znacznie barwniejsza, żeby nie powiedzieć filmowa. Pod presją otoczenia znalazłam sobie na studiach chłopaka i postanowiliśmy po prawie trzech latach bycia parą się pobrać. Miałam wtedy dwadzieścia jeden lat. Tak się jednak wydarzyło, że na wyjazdowych praktykach w zakładach drobiarskich w Toruniu (studiowałam technologię żywności na poznańskiej Akademii Rolniczej) poznałam dziewczynę, która mi się bardzo spodobała. Doświadczyłam wtedy takiego spotkania z kobietą, jakiego nie doświadczyłam z żadnym mężczyzną, włącznie z narzeczonym.

Jezus Maria i co?

I poszłam oczywiście do kościoła, gdzie złapałam przy ołtarzu zakonnicę i zaczęłam z nią o tym rozmawiać. Byłam w jakimś absolutnie dziwnym stanie, nie potrafiłam zupełnie nazwać tego, co się ze mną działo. Nie wiedziałam, że coś takiego jest w ogóle możliwe. Zupełne wariactwo.

Jak to się skończyło?

Odwołałam ślub, na który były już rozesłane zaproszenia, i postanowiłam, za radą tej zakonnicy, wyjechać do klasztoru koło Przemyśla, gdzie zamierzałam wszystko sobie spokojnie poukładać.

A narzeczony?

Nie powiedziałam mu o dziewczynie, tylko że doświadczyłam czegoś, co mnie zupełnie wybija z naszej wspólnie obranej drogi, i potrzebuję czasu, żeby to sobie ułożyć na nowo, a najlepszym do tego miejscem będzie klasztor. On mnie, przyznaję, zaskoczył, bo przyjął to ze zrozumieniem, przynajmniej tak mi się wydawało. Miałam poczucie, że oboje próbowaliśmy spełnić oczekiwania społeczeństwa, a nie nasze.

Wyjechałaś do klasztoru?

Nie zdążyłam, bo następnego dnia, skoro świt, kiedy wszystkie jeszcze błogo spałyśmy w toruńskim akademiku, do drzwi załomotali moi rodzice, którzy przyjechali taksówką z Poznania, żeby mnie zabrać do siebie, nakładając na mnie areszt domowy. Powiedzieli, że mnie nie wypuszczą bez nadzoru, dopóki nie zmienię zdania w sprawie ślubu.

Czyli narzeczony nie przyjął tego wcale ze zrozumieniem, jak myślałaś, tylko pojechał do twoich rodziców i wspólnie uknuli całą akcję?

Dokładnie tak, i wiesz, kiedy dzisiaj to opowiadam przyjaciółkom czy tobie, nie chce mi się wierzyć, że to wszystko naprawdę przeżyłam, że byłam taka naiwna. W każdym razie finał jest taki, że pod ogromną presją całej rodziny zgodziłam się na ślub, pod warunkiem skończenia praktyki. Pojechałam do Torunia, spędziłam kilka wspaniałych dni z dziewczyną, wróciłam do Poznania i wzięłam ślub. I to w katedrze.

To musiał być dla ciebie traumatyczny dzień.

Pamiętam, jak po złożeniu przed ołtarzem przysięgi małżeńskiej odwróciłam się, spojrzałam na całą rodzinę i zobaczyłam na ich twarzach wielką ulgę. Pomyślałam sobie wtedy: Alicja, coś ty zrobiła?

Zadowoliłaś wszystkich oprócz siebie.

I nie ustawałam w wysiłku, by nadal zadowalać wszystkich. Bardzo pracowałam nad tym, żeby być dobrą żoną. Dołączyliśmy nawet do oazy rodzin, a po pięciu latach, w 1986 roku, pojawiła się nasza córka.  

Byłaś kiedykolwiek w tym małżeństwie szczęśliwa?

Nie wiem, na pewno chciałam wypełnić jak najlepiej to, na co się zdecydowałam. Myślę, że doświadczyliśmy sporo fajnego, ale chyba tak naprawdę nie było nigdy między nami zaufania, nie byliśmy przyjaciółmi. Powiedziałabym, że to nasze małżeństwo było czymś na kształt realizowanego kontraktu, w którym zdarzały się miłe rzeczy.

Kościół ci w tym pomagał?

Wierzyłam, że pomaga. Nie miałam wyjścia. Trwało to przez całe lata 80.

Cały czas w Poznaniu?

Do lat 90., kiedy wyjechaliśmy do Niemiec, gdzie mąż dostał stypendium, a mnie się wszystko wywróciło do góry nogami. Mieszkaliśmy na kampusie i poznałam tam kobietę, z którą tym razem postanowiłam pójść na całość. Ona zresztą też. Obie miałyśmy mężów, ale obie straciłyśmy dla siebie głowę. Szłam w to, nie oglądałam się na nic, aż w końcu się sparzyłam, bo się okazało, że ona uprawia wolną miłość i ma romans z jeszcze inną kobietą, co mnie, osobę nieznającą i nierozumiejącą takiego świata, zabolało. Pomyślałam sobie wtedy, choć dzisiaj wstyd to powiedzieć, że miłości między osobami tej samej płci są właśnie takie - przelotne, skazane na fiasko, co pokrywało się z tym, co słyszałam w młodości, że takie relacje prowadzić mogą tylko do cierpienia.

Jak się skończyła ta historia?

Wróciliśmy po trzech latach do Poznania i próbowaliśmy z mężem dalej żyć ze sobą, do mojego następnego spotkania z kobietą. Wtedy nasze małżeństwo się skończyło, chciałam się rozwieść i, co ważne, wsparła mnie w tym córka, która miała wtedy trzynaście lat, więc było to koło 2000 roku.

Wiedziała, dlaczego się rozwodzicie?

Tak, bo jej powiedziałam. Była dla mnie naprawdę wielkim wsparciem. Usłyszałam kiedyś nawet od niej: "Gdybym cię nie zdopingowała, nigdy byś go nie zostawiła". I może miała rację.

Jak ci było bez męża?

Początkowo niełatwo, bo zostawiłam mu dom, który razem budowaliśmy. To była kara za "moją winę". Zamieszkałyśmy z córką w ciasnej kawalerce i musiałam zacząć po czterdziestce wszystko od nowa, jakoś dałyśmy radę.

Byłaś wtedy w związku z kobietą?

Tak, z tą, która była ostatecznym powodem rozwodu. Nasz związek trwał kilka lat, do czasu mojego wyjazdu w 2007 roku do pracy do Hamburga. Spędziłam tam prawie dekadę i wróciłam do Poznania w 2016 roku.

Poznań zaczął się wtedy stawać zupełnie innym miastem.

W ogóle tego nie odnotowałam, bo żyłam poza tym. Dopiero kiedy przeszłam na emeryturę, kiedy zmarła mama, kiedy córka się zdystansowała i ruszyłyśmy każda swoją drogą, zaczęłam pracę nad sobą i ona nieustannie trwa.

Jednym z jej elementów było dołączenie do grupy tęczowych seniorów prowadzonej przez Stonewall?

Jestem osobą otwartą i ciągle szukam, pamiętam, że byłam kiedyś na spotkaniu w siedzibie Stonewall, jeszcze na Jeżycach - nie było tam oczywiście nikogo w moim wieku. To mi jakoś szczególnie nie przeszkadza, ale wiadomo, że zawsze szukamy rówieśników. A o grupie seniorów powiedziała mi córka. "Może byś się wybrała" - spytała? I się wybrałam.

Jak ci w niej jest?

Nasza grupa, choć niewielka, daje mi mnóstwo energii. W niej, chyba po raz pierwszy żyjąc w Polsce, poczułam, że mogę być sobą. Byliśmy też z odwiedzinami u tęczowych seniorów we Wrocławiu. Bardzo bym chciała i mam taką nadzieję, że takich grup będzie coraz więcej, również w Poznaniu, bo przecież tęczowych seniorów i seniorek jest wiele, tylko prowadzą bardzo prywatne życie, nie chodzą do klubów czy na marsze.

A ty byłaś na Marszu Równości?

Wybieram się po raz pierwszy w tym roku, bo - jak pewnie już zauważyłeś - robię wszystko w swoim tempie, którego nie można nazwać szaleńczym.

Jesteś teraz singielką?

Żyjemy sobie w domku pod Poznaniem we trójkę, bo jest jeszcze moja piesa i kota, ale zupełnie nie wykluczam, że będzie kiedyś jeszcze ktoś. Jestem otwarta na to, co przyniesie los, ciągle jestem w drodze, pracuję nad sobą. Mogę w końcu powiedzieć małej Alicji, którą noszę w środku, że ją kocham, że nie ma się już czego bać. Oczywiście nie doszłam do tego sama, spotkałam mnóstwo cudownych ludzi i pozbyłam się z mojego życia Kościoła, który widzę jako instytucję przemocową. Dzisiaj wolę się tulić do drzew, cieszyć się życiem. I wiesz co? Chyba powinnam teraz w końcu być odważnie szczera ze sobą i z tobą i powiedzieć po raz pierwszy w życiu: tak, jestem lesbijką.